OSTATNIO CZYTANE

NIEZAPOMNIANA LEKCJA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SZTUKA ŻYCIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SZTUKA ŻYCIA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 października 2017

BYSTRA -

REFLEKSJE ZE SZLAKU





Całe nasze życie przypomina chodzenie po górach. Można w nim trzymać się ustalonych zasad lub je ignorować. Pytanie tylko: z jakim skutkiem?

W codziennym życiu każdy z nas kroczy szlakiem, który wybrał osobiście: drogą prowadzącą do jakiegoś celu (w górach: szczytu lub innego miejsca na trasie wędrówki), z uwzględnieniem różnych czynników takich, jak:

- wychowanie przez rodziców, 
- otoczenie, które bardzo mocno może na nas oddziaływać,
- własne doświadczenia i wiedza zdobyta w okresie dojrzewania 

  
i wreszcie
- nasze osobiste decyzje i wybory, których dokonujemy niemal (nomen omen) "na każdym kroku" (szczególnie adekwatne na szlaku w górach).

CEL. (w sferze materialnej bądź duchowej). 

Przed wyruszeniem na szlak niebagatelne znaczenie ma wybór celu. Musimy zdawać sobie sprawę z własnych możliwości, czasu, jakim dysponujemy, wziąć pod uwagę warunki atmosferyczne w dniu wyprawy, przygotować się na nieoczekiwane, niezależne od nas sytuacje, w których możemy się znaleźć. Powinniśmy też być gotowi zrezygnować z osiągnięcia celu "za wszelką cenę", wbrew zdrowemu rozsądkowi, gdyby warunki nagle się zmieniły. Cel, który sobie wytyczyliśmy zazwyczaj można odłożyć na inny, bardziej sprzyjający czas lub zmienić na bardziej realny. 
 

MAPA. Przed udaniem się na szlak obowiązkowo trzeba zapoznać się z mapą, opisami szlaków, skonsultować się ewentualnie z kimś, kto już tam był. Chodzi więc o to, by zdobyć niezbędną wiedzę teoretyczną, która na szlaku może okazać się nader praktyczna. 

EKWIPUNEK. Żaden rozsądny i szanujący się turysta nie wyruszy na szlak bez uprzedniego dobrego przygotowania i skompletowania wyposażenia niezbędnego na trasie wędrówki. 


OBUWIE.  Odpowiednie, dostosowane do nawet najbardziej ekstremalnych warunków górskich, obuwie to absolutna podstawa wyposażenia górołaza. (...) 

UBIÓR. W skład ekwipunku (na sobie i w plecaku) powinny wejść różne rodzaje odzieży dostosowane do gwałtownie i wielokrotnie zmieniających się warunków atmosferycznych, pozwalające na szybką zmianę okrycia.

NAKRYCIE GŁOWY. Czapka, kapelusz, chustka a czasem kask to konieczne wyposażenie, które nie zawsze musi być użyte ale zawsze na wszelki wypadek powinno być w zasięgu ręki.

KIJKI. Ten od niedawna stosunkowo używany (choć nie przez wszystkich) atrybut turystów w górach ma kapitalne znaczenie 
(osobiście się przekonałem), bo zarówno w trakcie pokonywania czasem naprawdę mozolnych odcinków jak i po przejściu całej trasy pozwala zminimalizować negatywne skutki wysiłku mięśni i stawów. Dzięki temu łatwiej też zregenerować siły do zdobywania kolejnych celów. Używając kijków trzeba nadal zachowywać czujność i zważać na każdy swój krok bacznie obserwując drogę. Kijki nie ustrzegą nas przed upadkiem ale bardzo często pomagają ustabilizować nasze kroki, złagodzić zachwiania równowagi.


OZNACZENIA SZLAKÓW. Na trasie marszu do obranego przez nas celu spotykamy raz po raz oznaczenia szlaków: niebieski, czerwony, zielony, żółty i czarny. Niejeden (ja sam osobiście też) wielokrotnie przekonał się na własnej skórze (i to dosłownie), jaki wpływ mają one na przebieg wędrówki i dotarcie (lub nie) do upragnionego celu. Niektóre są jeszcze dość wyraźne (bo niedawno odświeżone), inne ledwo widoczne (przez nieustanny wpływ deszczu, słońca). Ale jakie by nie były, wypatrujemy ich, żeby mieć pewność, że nie grozi nam zabłądzenie, zejście ze szlaku, a co za tym idzie, późniejsze dotarcie do celu związane ze stratą czasu i energii lub - co gorsza - nie dotarcie do niego w ogóle.

RODZAJ SZLAKÓW. Szlaki w górach wyglądają rozmaicie. Jedne są wyraziste na tyle, że nawet moglibyśmy przestać wpatrywać się w oznaczenia. Inne przypominają schody, bo są to w istocie kamienne schody, tyle że o dość bardzo wymyślnych kształtach i często ze znacznymi różnicami w wysokości poszczególnych stopni. Są szlaki lub spore ich fragmenty 'zamazane' np. na skutek prowadzonego w ich bezpośredniej bliskości wyrębu drzew. Niektóre fragmenty szlaków biegną przez skaliste zbocza i wzniesienia. Zdarzyło mi się raz dość znacznie zejść obok i muszę przyznać, że czułem się co najmniej dziwnie, chociaż nie byłem sam w tym błądzeniu...
Raz też zdarzyło mi się, że (nie wiem sam dlaczego) zamiast iść dalej kamienną ścieżką, która wyglądała tak, jak powinien wyglądać szlak, omal nie wytyczyłem nowego 'szlaku', a ściślej mówiąc - byłbym się naprawdę zgubił idąc dalej. Przy tym najczęściej w takiej niepewnej sytuacji i miejscu - jak na złość - nie ma jakiegokolwiek zasięgu, więc na nic się zda telefon komórkowy. 

POSIŁKI I NAWODNIENIE.
 Wędrowanie po szlaku wiąże się z utratą energii, której nam potrzeba do pokonywania kolejnych odcinków, a więc konieczne jest jej uzupełnianie przez spożywanie przygotowanego zawczasu prowiantu i rozsądnie częste, w miarę regularne nawadnianie organizmu (zwłaszcza w gorące dni). Niedobór płynów objawia się najpierw nieprzyjemną suchością w ustach i warto na ten symptom zareagować sięgnięciem po butelkę z wodą lub odżywczym sokiem.











środa, 13 lipca 2016

TAK TO SIĘ ZACZĘŁO...

Z WIZYTĄ U PANI EWY - lipiec 2007

Krościenko n/Dunajcem, lipiec 2007 roku


Z panią Ewą utrzymuję kontakt od lat licealnych. 

Jako nasza nauczycielka języka polskiego, była naszym wychowawcą (chociaż nie wychowawcą naszej klasy "z mianowania"). 

Dla mnie była, jest i będzie zawsze kimś absolutnie wyjątkowym i bardzo bliskim. Stąd w naturalny sposób odczuwam potrzebę podtrzymywania z nią kontaktu przez wszystkie te lata. 

Po przejściu na emeryturę pani Ewa udzielała korepetycji i dzięki temu każdego lata - gdy tylko zdrowie i inne okoliczności pozwalały - dwa miesiące wakacji spędzała w górach. Miesiąc w Krościenku i miesiąc w Cisownicy. I właśnie do Krościenka zaprosiła nas w 2007 roku (mojego młodszego syna i mnie) na wspólne spędzenie kilku dni. 

I tak się to zaczęło...

We mnie obudziła się uśpiona miłość do gór (po raz pierwszy byłem w Beskidzie Żywieckim w wieku dziesięciu lat na koloniach). U syna ten krótki pobyt w Pieninach rozbudził pragnienie powrotu i poznawania coraz to nowych miejsc w górach. Niewątpliwa zasługa w tym pani Ewy. To ona zaszczepiła w nas bakcyla do gór. Od tamtej pory obaj czuliśmy nieodpartą chęć, żeby wracać tam tak często, jak tylko będzie to możliwe.

Moją fascynację górami udało mi się też zaszczepić w sercu starszego syna, z którym pojechałem najpierw do Krościenka (Pieniny 2013) i rok później do Zakopanego (TATRY 2014). 


Niezapomniane, wspólne chwile spędzone z synami na górskich szlakach, to bezcenny skarb, który pozostanie na zawsze w naszych sercach z ciepłym uczuciem wdzięczności dla Pani Ewy.


Z rozrzewnieniem spoglądam dzisiaj na tamte fotografie sprzed dziewięciu już lat...

,
w wąwozie Homole...

na balkoniku u Pani Ewy...


na Krupówkach...


 pod Palenicą...

Dzisiaj cieszę się każdą chwilą rozmowy przez telefon i każdym spotkaniem z panią Ewą. Łączy nas niezwykła przyjaźń, która obejmuje całą naszą rodzinę, bo pani Ewa zdobyła sobie serca nas wszystkich bez reszty i na zawsze. 


DZIĘKUJĘ, DROGA PANI EWO!

na spacerze wzdłuż Dunajca...

na ścieżce pod Reglami...

poniedziałek, 28 marca 2016

127 godzin walki o przeżycie

- odliczanie z nadzieją na ocalenie



NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ!

Taka dewiza przyszła mi na myśl po obejrzeniu filmu "127 godzin".

Najpierw zajrzałem do sieci, żeby mieć wgląd w to, co może mnie czekać. 

Trailer zapowiadał emocje nie lada. Ale to, spotkało bohatera tej historii, Arona Ralstona (w filmie James Franco), przeszło moje najśmielsze oczekiwania. 

Nie będę tu streszczał książki "Between a Rock and a Hard Place" ani zdradzał szczegółów fabuły filmu. Czasami warto wiedzieć jak najmniej o książce, którą chcemy przeczytać lub o filmie, który zamierzamy obejrzeć. 


"127 godzin" trzyma w napięciu od początku do końca. Nie ma w nim nic przewidywalnego. Pewne jest tylko to, że za chwilę zobaczymy coś, czego nigdy byśmy się nie spodziewali. 

Film jest też rodzajem studium ludzkiej psychiki, opowieścią o nieodpartej woli życia oraz dowodem na to, że w ekstremalnych sytuacjach umiemy wyzwolić w sobie nadzwyczajne możliwości, jesteśmy zdolni przekroczyć granice niemożliwości... Jest też przestrogą dla tych, którzy chcieliby zlekceważyć nie dające się przewidzieć okoliczności i zapominają, że najbliżsi powinni i mają pełne prawo wiedzieć, gdzie się znajdujemy. Aron miał szczęście i udało mu się przeżyć. Jednak swoją lekkomyślność i zbytnią pewność siebie omal nie przypłacił życiem...

To mogło być ostatnie selfie w życiu Arona...

Nie był nowicjuszem 
i był dość dobrze przygotowany...

ale około godziny później 
jego sytuacja dramatycznie się zmieniła.

Zwykle nie oglądam filmów, w których mógłbym się spodziewać drastycznych scen. Wiedziałem, że tutaj emocji z pewnością nie zabraknie.

Jednak około 20 minut przed końcem filmu sytuacja dość gwałtownie zaczęła się "zagęszczać"... Po chwili doszło do tego, że przez około dwie minuty z zakłopotaniem uciekałem od ekranu, odwracając raz po raz wzrok od tego, co się na nim działo...

Odetchnąłem z ulgą prawie w tym samym momencie, co bohater, któremu udało się uwolnić z pułapki... 
Będąc u kresu wyczerpania musiał pokonać jeszcze jedną sporą przeszkodę a potem liczyć już tylko na szczęście, cud... 

Aron Ralston opisał swoją dramatyczną przygodę i nadal realizuje swoje życiowe pasje. 

Jednak nauczył się czegoś bardzo ważnego: 

ZAWSZE STARAJ SIĘ BYĆ W KONTAKCIE 
Z NAJBLIŻSZYMI, 
BO KIEDYŚ MOŻE CI TO URATOWAĆ ŻYCIE.


wtorek, 26 stycznia 2016

MOJE ŻYCIE W NOWYM ORLEANIE

- LOUIS ARMSTRONG (4) [r. XII] - "sobie na złość"(?)



"David Jones głodował przez całe lato. (…) Oszczędzał aż do przesady, a wszystkie pieniądze wysyłał na farmę (…) Potrafił jeść codziennie jabłko zamiast dobrego gorącego posiłku. A jaki był tego rezultat? Zanim bawełna dojrzała, zniszczyły ją szkodniki. Nie zdążył nawet obejrzeć swojej farmy, kiedy dostał telegram z zawiadomieniem, że wszystko szlag trafił. (…)


Ten przypadek przekonał mnie, że nie warto oszczędzać na żołądku. Nigdy, od dziecka, nie miałem ochoty robić sobie samemu na złość, czyli – jak to się mówi – „na złość twarzy obcinać sobie nos”. 

I uważam, że jest to słuszne."

W naszym ojczystym języku funkcjonuje powiedzenie: "na złość mamie odmrożę sobie uszy". Sens jest tak czy tak ten sam. Nie warto nic robić na przekór innym a zwłaszcza wbrew sobie, na swoją szkodę.


poniedziałek, 25 stycznia 2016

MOJE ŻYCIE W NOWYM ORLEANIE

- LOUIS ARMSTRONG (3) [r. VI] - zwyczaje pogrzebowe


"(...) Na pogrzebach w Nowym Orleanie atmosfera smutku trwa dopóty, dopóki trumna nie zostanie spuszczona do grobu, a pastor nie wypowie sakramentalnego: „Z prochu powstał i w proch się obrócisz”. 

Kiedy zmarły znajdzie się już sześć stóp pod ziemią, orkiestra rozpoczyna jedną z tych starych skocznych melodii w rodzaju Didn’t He Ramble i wszystkich uczestników pogrzebu opuszcza przygnębienie. (…) 


    W miarę rozgrzewania się orkiestry wszyscy obecni zaczynają się kołysać, a zwłaszcza ci, którzy przyłączają się do orszaku pogrzebowego po drodze. Tworzą oni tak zwaną „second Line” (drugą linię); może należeć do niej każdy przechodzień mający ochotę posłuchać muzyki. Przyciąga ich specyficzna atmosfera, jaka towarzyszy tym pogrzebom, a prócz tego mają ochotę zobaczyć, co się będzie działo. Niektórzy idą tylko parę ulic, inni nie odstępują orkiestry aż do zakończenia całej ceremonii.

    Czasem zwłoki bywają wystawione na widok publiczny i wtedy czuwają przy nich zazwyczaj bliscy zmarłego. Rodzina zmarłego przez całą noc podaje kawę, ser i kruche ciasteczka, aby ci, którzy przychodzą śpiewać hymny przy zwłokach mogli posilać się do woli. Chodziłem często na takie czuwania i nieraz rozpoczynałem śpiewać jakiś hymn. Kiedy już wszyscy przyłączyli się do śpiewu, wykradałem się po cichu do kuchni i opychałem się serem i ciastkami, zapijając to kawą. Bardzo mi to zawsze smakowało. Może dlatego, że wszystko było za darmo; kosztowało mnie to tylko jedną pieśń, a raczej - hymn."


niedziela, 24 stycznia 2016

MOJE ŻYCIE W NOWYM ORLEANIE

- LOUIS ARMSTRONG (2) [r. III] - zapach banksji


"Kiedy wraz z innymi chłopakami wyszedłem wozu, pierwsze, co zauważyłem, to był szpaler dużych drzew przed budynkiem [poprawczaka - przyp. rikardo]. W powietrzu unosił się piękny zapach.

- Co to za kwiaty tak pięknie pachną? – zapytałem.

- Banksje – odpowiedział ktoś.


Ogromnie polubiłem zapach tych kwiatów; mógłbym je wąchać bez końca."

Czy znacie zapach banksji? 
Skądinąd ciekaw jestem co tak zauroczyło nos Louisa?


sobota, 23 stycznia 2016

MOJE ŻYCIE W NOWYM ORLEANIE

- LOUIS ARMSTRONG (1) [r. I] - zabawa w chowanego



"W dni wolne od nauki babka brała mnie ze sobą do domów białych, gdzie sprzątała i prała. W czasie gdy ona pracowała, ja bawiłem się na podwórku z białymi chłopcami. Ile razy bawiliśmy się w chowanego, zawsze ja byłem tym, który się chował, i zawsze ci sprytni chłopcy mnie znajdywali. (…) 

Kiedyś w gorący letni dzień bawiłem się w najlepsze z (…) białymi chłopcami. Ja, oczywiście, chowałem się. Właśnie biegałem po różnych zakamarkach, kombinując gorączkowo, gdzie by się tu ukryć, gdy nagle zobaczyłem babcię schyloną nad balią i piorącą zawzięcie. Jej szeroka luźna spódnica z rozcięciem wydała mi się świetną kryjówką. Błyskawicznie rzuciłem się do niej i dałem nura pod spódnicę, zanim chłopcy zdążyli mnie zobaczyć. Przez dłuższy czas słyszałem, jak biegali tam i z powrotem, pytając:

- Gdzież on się podział?

Kiedy chcieli już zrezygnować z szukania, wystawiłem głowę spod spódnicy i zawołałem:

- A kuku!"

proponuję przeczytać tekst:
Zabawa w chowanego


piątek, 22 stycznia 2016

MOJE ŻYCIE W NOWYM ORLEANIE

- LOUIS ARMSTRONG

"Muzykę miałem we krwi - z tym się już urodziłem"

Louis z matką Mayann 
i siostrą, Mamą Lucy (Beatrice)

Jakieś ćwierć wieku czekała na przeczytanie. 

W tamtym czasie czyli na przełomie lat 80/90-tych kupowałem wiele różnych książek. Jedną z nich była autobiografia Louisa Armstronga Moje życie w Nowym Orleanie.

Przeczytałem ją z przyjemnością i niekłamanym zainteresowaniem. Do tej pory nazwisko Louis Armstrong kojarzyłem z kilkoma wykonywanymi przez niego standardami. Charakterystyczna, absolutnie wyjątkowa barwa głosu i niepowtarzalne brzmienie trąbki. Nie miałem pojęcia o tym, czego doświadczył w rodzinnym mieście i jakie musiał pokonywać przeciwności. Okazało się, że niejednokrotnie znajdował się w okolicznościach, które mogły i w rzeczy samej wpłynęły na koleje losu, późniejszą sławę i karierę tego genialnego artysty. Nie brakowało sytuacji, których Louis omal nie przypłacił życiem...


56-letni Louis, legenda muzyki, trębacz, którego fenomenalne brzmienie trąbki niezmiennie budzi zachwyt i jest wzorem do naśladowania dla pokoleń muzyków, nader ciekawie opowiada na kartach książki o swoim dzieciństwie, młodości i pierwszych doświadczeniach dorosłości. 


Barwne, dramatyczne i zabawne koleje życia Satchma, to, co zdecydowało o kształtowaniu się jego osobowości, charakteru, wrażliwości, cała gama uczuć do najbliższych, przyjaciół, umiejętność dostosowania się do niełatwych okoliczności życiowych - to wszystko i wiele innych ciekawych wątków można znaleźć na kartach książki, którą polecam każdemu, komu bliskie jest nazwisko LOUIS'a ARMSTRONGa i wszystko, co się z nim wiąże.


niedziela, 17 stycznia 2016

AMELIA I ZUZIA - (niekoniecznie) bajka




"Dawno, dawno temu, za górami za lasami i wielkimi jeziorami w starym zamku, który wznosił się nad lasem mieszkała piękna księżniczka o imieniu Amelia. Amelia była jedyną córeczką Króla Bonifacego oraz królowej Palladyny."


Tak zaczyna się - jak na bajkę przystało - krótkie i urokliwe opowiadanie Marcina Tomaszewskiego, jednego z członków wyprawy Annapurna IV 2015. Dalej czytamy:

"Rodzice bardzo kochali swoje jedyne dziecko i pragnęli żeby nigdy o nic się nie martwiła. Zawsze, gdy tylko o czymś pomyślała spełniali jej zachciankę a cala służba gotowa była spełnić każde jej życzenie."


Tak naprawdę całkiem blisko, może za ścianą albo po drugiej stronie ulicy mieszkają rodziny, a w nich dziecko lub dzieci, które ich rodzice traktują bardzo podobnie, niczym księżniczki lub książąt. W imię źle pojętej miłości i opacznie rozumianej troski o dobro swych pociech przyczyniają się w gruncie rzeczy do ich okaleczania i narażają na niebezpieczeństwa teraz i w przyszłości. Przez wychowanie, które można by nazwać - nie do końca trafnie - nadopiekuńczością, doprowadzają do skutków przeciwnych do tych, jakie chcieliby osiągnąć. U ich boku wyrastają egoistyczne małe istoty, które nie tylko nie szanują swoich rodziców ale wręcz ich lekceważą.

Kiedy w zamku pojawia się Zuzia, okazuje się, że bardzo się różni od księżniczki. Chociaż wychowywała się w ubóstwie i na bardzo niewiele mogła sobie pozwolić, potrafiła cieszyć się z drobiazgów i tzw. zwykłych rzeczy, niezauważanych przez innych. Tak delikatne a zarazem piękne stworzenie jak motyl na dłoni Zuzi wyglądał niczym klejnot i na jej twarzyczce wywoływał rumieńce pozytywnych emocji a szczery uśmiech świadczył o autentycznej radości, której zaznawała podczas tej ulotnej chwili.


Zuzia mogła jedynie marzyć o rzeczach, których pragnęła. Niezliczone marzenia były jej prawdziwym skarbem. Myśl o ich urzeczywistnieniu sprawiała, że stawała się silniejsza i tym bardziej rozumiała na czym polega radość dochodzenia do czegoś połączona z wysiłkiem, żeby to osiągnąć. Bezcenna mądrość Zuzi, jaką udało się zaszczepić w serduszku córki jej rodzicom, pobudzała ją do wdzięczności i szacunku dla nich. Na każdym kroku czuła ich miłość i dzięki temu była naprawdę szczęśliwa.

Niespodziewana wizyta Zuzi na zamku uświadomiła jego mieszkańcom niewłaściwe myślenie i podejście do wielu, zdawałoby się, pospolitych spraw. Rodzice Amelii i ona sama wyciągnęli wnioski z przeszłości. Na szczęście okazało się, że nie było jeszcze za późno, żeby dokonać niezbędnych zmian. Zdawali sobie sprawę, że potrzeba na to czasu i sporego wysiłku ale bez wahania przystąpili do działania.

Księżniczka Amelia zyskała też bezcenną przyjaźń Zuzi, coś, czego do tej pory nie doświadczyła.

całe opowiadanie (bajkę) czytaj na:



niedziela, 25 października 2015

MĄDROŚCI SHIRE (2) - Gdzie jest twój dom?


Rozdział 1

Jak bardzo przytulna 
jest twoja hobbicka norka?

Mianem "hobbickiej norki" niektórzy określają miejsce, które nadaje się na to, żeby pobyć w nim przez dłuższy czas, głównie dla jego walorów wypoczynkowych. Jego atmosfera świetnie sprzyja czytaniu ulubionej literatury, albo z przyjemnością zapraszamy tam przyjaciół, żeby spędzić czas na szczerej, cichej, czasem ożywionej rozmowie, zwłaszcza przy dobrym jedzeniu i piciu. Można tam też w dowolnej pozie porozmyślać o 'wszystkim i o niczym'. 

Niejeden z nas zapewne tęskni do życia bliżej natury. Stąd nie dziwi moda na wszystko, co jest "eko". Ale, jak do tej pory, tych, którym się to udało zrobić w praktyce, jest stosunkowo niewielu. Można o nich przeczytać m.in. na stronie lammas.org.uk. Do zamieszczonych tam zdjęć pasuje 'jak ulał' opis, który pozwolę sobie w tym miejscu zacytować:

"(...) któż nie chciałby mieszkać w takim domu? Ręcznie ciosane belki i krokwie, duże, okrągłe drzwi i przytulna, skąpana w słońcu kuchnia..."

"Dom, stojący gdzieś na walijskiej wsi, został wykonany w całości z miejscowych materiałów - na przykład leżących tu i ówdzie kamieni oraz drewna z pobliskich lasów. Dach skonstruowano tak, aby gromadził deszczówkę, którą później podlewa się ogród (...)


"(...) te miejsca są bezpieczne, cieplutkie, wygodne i wypełnione dobrym jadłem. To domy gościnne, można w nich wypocząć i odzyskać siły po długiej podróży, no i wydają się być częścią otaczającej je przyrody, bo tak bardzo zżyły się z miejscem, w którym stanęły."


"Cała hobbicka norka, wewnątrz i na zewnątrz, zbudowana została za pomocą rąk i wszystko wykonano tak, żeby wytrzymało całe lata (...)"

Gdyby ktoś chciał spróbować coś zrobić we własnym zakresie i w jakiejkolwiek skali, to w internecie znajdzie mnóstwo informacji na ten temat, np. instructables.com lub makezine.com.

"Współczesne domy są skrajnym przeciwieństwem radosnych domków hobbitów i stały się istnymi magazynami niepotrzebnych śmieci, które wyrzucamy do kubłów zaledwie po kilku krótkich latach używania. (...) Stałe rozrastanie się (...) naszych miast sprawia, że zamieniają się one w wielkie i brzydkie siedliska masowej konsumpcji." 

REFLEKSJA:

"Czasem potrafimy docenić własny dom i szczęście, jakie daje, tylko wtedy, kiedy na dłuższą chwilę go opuścimy."

Czy mamy takie miejsce? A może istnieje ono już tylko we wspomnieniach? Jeśli użyjemy wyobraźni, zdolności naszego umysłu do adaptowania się w dowolnym miejscu: w biurze, pokoju hotelowym, pod namiotem, w mieście lub z dala od niego - wszędzie tam możemy stworzyć własną "hobbicką norkę". Wystarczy włączyć ulubioną muzykę, otworzyć ulubioną książkę, obejrzeć film, który zawsze przywodzi nam na pamięć miłe chwile sprzed lat... Gdziekolwiek byśmy nie byli, będzie to nasz azyl, ucieczka od zgiełku współczesnego świata, który nas otacza i chciałby nas ograbić z resztek wolności...

Jeszcze jedna myśl:

"Sam dom nie jest (...) istotny, liczą się ci, którzy są wewnątrz: (...) kochająca żona i [dzieci], czekające (...) z ciepłym posiłkiem na stole."


Twój prawdziwy dom znajduje się 
wewnątrz twojego serca niezależnie 
od tego, gdzie akurat jesteś; 
lecz do naprawdę przytulnego pokoiku 
aż chce się wracać!


Z WIZYTĄ W WIOSCE HOBBITÓW...
(film w dobrej jakości u góry strony)

wtorek, 15 września 2015

ANNAPURNA IV 2015 - "(...) przede wszystkim wrócić do domu (...)"


Dzisiaj z radia dowiedziałem się o polskiej ekspedycji himalaistycznej, której celem jest wytyczenie drogi na niezdobytym południowo-zachodnim filarze Annapurny - 7525 m n.p.m.). 

Pewnie będzie o niej głośno. Oby z powodu pomyślnego zakończenia wyprawy (bez względu na wynik).


Panowie z pewnością są amatorami mocnych wrażeń i poszukiwaczami przygód, śmiałkami, "wariatami" i "szaleńcami" porywając się na takie ściany. Ale wierzę, że przemyśleli swój - bądź co bądź ambitny - zamiar i korzystając ze zdobytego wcześniej doświadczenia nie okażą się ryzykantami i wrócą - czy to jako zdobywcy czy też jako ci, którym się nie udało ale żyją...



"(...) przede wszystkim wrócić do domu, bo to jest prawdziwe zwycięstwo."


               mówi o planowanej ekspedycji Marcin YETI Tomaszewski na YT

A tymczasem zajrzałem na stronę Marcina i przeczytałem m.in. ten tekst, który może nie jest odkrywczy ale bardzo trafnie opisuje bardzo niekorzystne zjawisko "bańki mydlanej"... Polecam

http://marcintomaszewski.com/art/267/w_mydlanej_bance

sobota, 17 stycznia 2015

JACY JESTEŚMY MALI I CO MOŻEMY Z TĄ WIEDZĄ ZROBIĆ...

  
Nie szukaj szczęścia w gwiazdach cudzego nieba, 
kiedy własne wisi Ci nad głową ”  
                                              — J.Wejroch 

Kiedy odczuwasz radość, możesz do pewnego stopnia czuć się szczęśliwy. Gdy swoją radością dzielisz się z innymi, to taka radość jest pomnożona i wykracza poza granice czasu.

Od czasu do czasu trafiam na coś, co wywołuje u mnie refleksję - nierzadko dość głęboką. Nieraz są to materiały, linki, które ktoś mi udostępnił. Niektóre naprawdę zasługują na dłuższe zastanowienie się i skłaniają do praktycznych wniosków.

Oglądaliśmy ostatnio z moją kochaną żoną zdjęcia z poniżej zamieszczonego linku. Na koniec zapytała: 'No dobrze, ale jakie to może mieć znaczenie, po co to i komu zda się takie porównywanie rzędu wielkości, które aż nadto są od siebie oddalone, że właściwie wydaje się iż nie mają żadnego odniesienia do nas? No może jeszcze nas jako ludzkości ale przecież nie do każdego z nas z osobna.

Odpowiedziałem zdecydowanie: Otóż ma znaczenie i głęboki sens. Inna rzecz, że mało kto tak na to patrzy: głęboko, wnikliwie a przede wszystkim PRAKTYCZNIE. Jeśli spojrzymy na te obrazy z respektem do ogromu CAŁEGO NASZEGO OTOCZENIA to okazuje się, że wniosek nasuwa się jeden: skoro wobec tak niewyobrażalnych skali wielkości jesteśmy właściwie NICZYM, to czy cokolwiek od nas zależy i czy możemy mieć na cokolwiek jakikolwiek wpływ? ZDECYDOWANIE TAK!

Zamiast skupiać się na osiągnięciu czegoś, co w rzeczy samej jest NIEOSIĄGALNE z powodu niezliczonych ograniczeń, którym podlegamy jako jednostki i jako ludzkość, właśnie na nas samych przede wszystkim powinniśmy się skupić. A ściślej mówiąc, nie dosłownie NA SOBIE a raczej na naszych najbliższych, których szczęście i najmniejszy uśmiech jakże często i jakże bardzo OD NAS zależy.

Jednak, żeby sobie to w pełni uświadomić koniecznie trzeba WEJRZEĆ W SIEBIE, ROZEJRZEĆ SIĘ WOKÓŁ SIEBIE, uwierzyć, że WARTO zrobić tyle, na ile nas stać, żeby w oczach naszych kochanych najbliższych choć przez chwilę zabłysło słońce... Zwłaszcza w te krótkie i pochmurne dni...

http://justsomething.co/these-25-pictures-will-make-you-completely-re-evaluate-your-existence/

i jeszcze jeden link:

http://htwins.net/scale2/lang.html

środa, 9 lipca 2014

TATRY

"CZEŚĆ!" - SAVOIR VIVRE NA SZLAKU



W Tatrach (a ściślej rzecz ujmując, nad Morskim Okiem) byłem po raz pierwszy już kilka lat temu, ale tym razem zdobyłem pierwsze szczyty: Kasprowy Wierch i Kopę Kondracką. W górach, tak w ogóle, głównie w Pieninach też byłem już kilka razy. I zawsze, gdy mijałem kogoś na szlaku, wymienialiśmy pozdrowienie, najczęściej w formie: 'Dzień dobry!' Od razu spodobał mi się taki zwyczaj. Uznałem, że tak jest przyjęte wśród turystów, że się pozdrawiają na szlaku. Czułem przy tym osobliwą bliskość ze wszystkimi, którzy chodzą po górach. Jedni być może po raz pierwszy, inni już nie potrafią zliczyć ile razy i gdzie byli, i wreszcie tacy, jak ja - nie zupełnie początkujący, ale już z jakimś, jakby nie było, doświadczeniem... A więc, jak wspomniałem, dzięki takiemu pozdrowieniu pod adresem nieznajomego na szlaku można było poczuć swoistą solidarność, czasem sympatię (na skutek wymiany uśmiechów, życzliwości okazanej np. przez zrobienie zdjęcia napotkanym osobom). Pozdrowienie takie uświadamiało mi też, że można liczyć na czyjąś pomoc w nieprzewidzianej sytuacji. Okazało się, że te moje osobiste odczucia harmonizują ze zwyczajem pozdrawiania się na szlaku. Ale nie wiedziałem o pewnym szczególe.

Otóż, gdy spotykałem na trasie osoby w różnym wieku, zwykle do starszych od siebie mówiłem: 'Dzień dobry!' Niezbyt często zdarzało się, że ktoś powiedział 'cześć!', ale nie rozróżniałem tych pozdrowień w kategorii wieku, ani w ogóle.
Tymczasem przypadkowo, szukając informacji o szlakach w Tatrach, natrafiłem na notatkę dotyczącą zwyczaju pozdrawiania się nawzajem wędrujących w górach turystów.

Okazało się, że tradycyjne pozdrowienie to "Cześć!' i to niezależnie od wieku, płci, profesji, wykształcenia, religii (stąd zdjęcie zakonnicy, którą tak jak innych napotkanych na szlaku, pozdrowiłem: 'Cześć!', co przyjęła z nieukrywanym zdziwieniem). Chcąc być w zgodzie z savoir-vivre na szlaku oraz dla podtrzymania dobrej tradycji permanentnie mijając się lub wyprzedzając wędrowców pozdrawiałem jak wyżej. 

Przy okazji jeszcze jedno spostrzeżenie. 
Niestety dość często niektórzy, jakby w nieświadomości, a może demonstracyjnie (zastanawiam się tylko, co w ten sposób chcieli wyrazić) nie pozdrawiali nas lub nie odpowiadali na nasze pozdrowienie. Czasem miałem wrażenie, że niektórzy z nich są tu 'za karę' lub co najmniej wbrew swojej woli. 

I na koniec, żeby nie było, że jestem jakimś zatwardziałym tradycjonalistą albo 'sztywniakiem' lub dziwakiem. Jeśli spotkam kogoś, kto pozdrowi mnie inaczej niż 'cześć' nie będę mu tego miał za złe i bez względu na formę (bo tak naprawdę nie jest ona najważniejsza) odpowiem z uśmiechem: "CZEŚĆ!"






czwartek, 13 marca 2014

RODZICE



Wszyscy mamy Rodziców. Rodzice niektórych z nas już nie żyją... Tak jak moi... Ale wszyscy mamy Rodziców, nawet jeśli nie możemy ich już odwiedzić...

Wszyscy też Rodzicom zawdzięczamy życie, bo oni właśnie kiedyś przekazali nam ten bezcenny dar Boga mocą ich wzajemnej miłości i miłości do nas, zanim jeszcze zostaliśmy poczęci...

Naszym Rodzicom zawdzięczamy początek i całe nasze życie, łącznie z tym od chwili rozstania z nimi, gdy już nie możemy ich odwiedzić...

Nasze relacje z rodzicami są różne w każdym domu i różnie wygląda okazywanie wzajemnych uczuć, rozmowy. Inaczej jest gdy dorastamy przy nich jako dzieci, gdy opuszczamy dom, żeby się usamodzielnić, założyć własną rodzinę. Z czasem coraz lepiej rozumiemy to, jak się z nami obchodzili, że zawsze pragnęli jak najlepiej dla nas, chcieli, żebyśmy byli zdrowi, szczęśliwi i żeby było nam lepiej niż kiedyś im, nawet gdyby ich nie miało już czekać nic lepszego...

Zawsze bardzo zatroskani o to, jak aktualnie się nam wiedzie i zmartwieni z powodu każdego niepokojącego zdarzenia, sytuacji, często kochająco "podejrzliwi", jakby przeczuwali, że nie chcemy ich zanadto obarczać naszymi troskami, bo przecież życie ich nie pieściło...

I wreszcie nadchodzą te najgorsze lata, gdy zaczynają podupadać na zdrowiu... Sami widzą, że zaczyna ich "dopadać" najpaskudniejsza "choroba" zwana starością... Chociaż tu ktoś może zaprotestować, bo przecież i w starości niemało radości zaznać można. I to prawda dopóki... dopóki nie widać, że nieuchronnie nadchodzi ta chwila, na którą nikt i w żaden sposób nie umie się przygotować ani nie potrafi się z tym pogodzić... Widząc to my też zaczynamy się niepokoić, z czasem cierpieć wraz z nimi tym bardziej, że czujemy swoją bezsilność... 

Potem przychodzi ten moment... Nagle albo po dłuższej chorobie i cierpieniu...
I powstaje pustka, którą nie można zapełnić ani zdjęciami, ani żywymi, ani zarejestrowanymi nagraniami, bo nie chcemy się pogodzić, że tylko to pozostało... Ale tą smutną rzeczywistość uświadamiamy sobie w różnych chwilach, często wtedy, gdy się tego w ogóle nie spodziewamy... 

(...)

Nikt go nie spisał, ale czuję, że pozostawili nam testament - taki właśnie niespisany - z nadzieją (gdy jeszcze żyli), że zechcemy go wypełnić... Jeśli niespisany, to od każdego z nas zależy co i jak zechcemy odczytać... Ale jeszcze ważniejsze jest to, czy zechcemy ten umowny testament zrealizować...

(...)