OSTATNIO CZYTANE

NIEZAPOMNIANA LEKCJA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą REFLEKSYJNE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą REFLEKSYJNE. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 października 2017

BYSTRA -

REFLEKSJE ZE SZLAKU





Całe nasze życie przypomina chodzenie po górach. Można w nim trzymać się ustalonych zasad lub je ignorować. Pytanie tylko: z jakim skutkiem?

W codziennym życiu każdy z nas kroczy szlakiem, który wybrał osobiście: drogą prowadzącą do jakiegoś celu (w górach: szczytu lub innego miejsca na trasie wędrówki), z uwzględnieniem różnych czynników takich, jak:

- wychowanie przez rodziców, 
- otoczenie, które bardzo mocno może na nas oddziaływać,
- własne doświadczenia i wiedza zdobyta w okresie dojrzewania 

  
i wreszcie
- nasze osobiste decyzje i wybory, których dokonujemy niemal (nomen omen) "na każdym kroku" (szczególnie adekwatne na szlaku w górach).

CEL. (w sferze materialnej bądź duchowej). 

Przed wyruszeniem na szlak niebagatelne znaczenie ma wybór celu. Musimy zdawać sobie sprawę z własnych możliwości, czasu, jakim dysponujemy, wziąć pod uwagę warunki atmosferyczne w dniu wyprawy, przygotować się na nieoczekiwane, niezależne od nas sytuacje, w których możemy się znaleźć. Powinniśmy też być gotowi zrezygnować z osiągnięcia celu "za wszelką cenę", wbrew zdrowemu rozsądkowi, gdyby warunki nagle się zmieniły. Cel, który sobie wytyczyliśmy zazwyczaj można odłożyć na inny, bardziej sprzyjający czas lub zmienić na bardziej realny. 
 

MAPA. Przed udaniem się na szlak obowiązkowo trzeba zapoznać się z mapą, opisami szlaków, skonsultować się ewentualnie z kimś, kto już tam był. Chodzi więc o to, by zdobyć niezbędną wiedzę teoretyczną, która na szlaku może okazać się nader praktyczna. 

EKWIPUNEK. Żaden rozsądny i szanujący się turysta nie wyruszy na szlak bez uprzedniego dobrego przygotowania i skompletowania wyposażenia niezbędnego na trasie wędrówki. 


OBUWIE.  Odpowiednie, dostosowane do nawet najbardziej ekstremalnych warunków górskich, obuwie to absolutna podstawa wyposażenia górołaza. (...) 

UBIÓR. W skład ekwipunku (na sobie i w plecaku) powinny wejść różne rodzaje odzieży dostosowane do gwałtownie i wielokrotnie zmieniających się warunków atmosferycznych, pozwalające na szybką zmianę okrycia.

NAKRYCIE GŁOWY. Czapka, kapelusz, chustka a czasem kask to konieczne wyposażenie, które nie zawsze musi być użyte ale zawsze na wszelki wypadek powinno być w zasięgu ręki.

KIJKI. Ten od niedawna stosunkowo używany (choć nie przez wszystkich) atrybut turystów w górach ma kapitalne znaczenie 
(osobiście się przekonałem), bo zarówno w trakcie pokonywania czasem naprawdę mozolnych odcinków jak i po przejściu całej trasy pozwala zminimalizować negatywne skutki wysiłku mięśni i stawów. Dzięki temu łatwiej też zregenerować siły do zdobywania kolejnych celów. Używając kijków trzeba nadal zachowywać czujność i zważać na każdy swój krok bacznie obserwując drogę. Kijki nie ustrzegą nas przed upadkiem ale bardzo często pomagają ustabilizować nasze kroki, złagodzić zachwiania równowagi.


OZNACZENIA SZLAKÓW. Na trasie marszu do obranego przez nas celu spotykamy raz po raz oznaczenia szlaków: niebieski, czerwony, zielony, żółty i czarny. Niejeden (ja sam osobiście też) wielokrotnie przekonał się na własnej skórze (i to dosłownie), jaki wpływ mają one na przebieg wędrówki i dotarcie (lub nie) do upragnionego celu. Niektóre są jeszcze dość wyraźne (bo niedawno odświeżone), inne ledwo widoczne (przez nieustanny wpływ deszczu, słońca). Ale jakie by nie były, wypatrujemy ich, żeby mieć pewność, że nie grozi nam zabłądzenie, zejście ze szlaku, a co za tym idzie, późniejsze dotarcie do celu związane ze stratą czasu i energii lub - co gorsza - nie dotarcie do niego w ogóle.

RODZAJ SZLAKÓW. Szlaki w górach wyglądają rozmaicie. Jedne są wyraziste na tyle, że nawet moglibyśmy przestać wpatrywać się w oznaczenia. Inne przypominają schody, bo są to w istocie kamienne schody, tyle że o dość bardzo wymyślnych kształtach i często ze znacznymi różnicami w wysokości poszczególnych stopni. Są szlaki lub spore ich fragmenty 'zamazane' np. na skutek prowadzonego w ich bezpośredniej bliskości wyrębu drzew. Niektóre fragmenty szlaków biegną przez skaliste zbocza i wzniesienia. Zdarzyło mi się raz dość znacznie zejść obok i muszę przyznać, że czułem się co najmniej dziwnie, chociaż nie byłem sam w tym błądzeniu...
Raz też zdarzyło mi się, że (nie wiem sam dlaczego) zamiast iść dalej kamienną ścieżką, która wyglądała tak, jak powinien wyglądać szlak, omal nie wytyczyłem nowego 'szlaku', a ściślej mówiąc - byłbym się naprawdę zgubił idąc dalej. Przy tym najczęściej w takiej niepewnej sytuacji i miejscu - jak na złość - nie ma jakiegokolwiek zasięgu, więc na nic się zda telefon komórkowy. 

POSIŁKI I NAWODNIENIE.
 Wędrowanie po szlaku wiąże się z utratą energii, której nam potrzeba do pokonywania kolejnych odcinków, a więc konieczne jest jej uzupełnianie przez spożywanie przygotowanego zawczasu prowiantu i rozsądnie częste, w miarę regularne nawadnianie organizmu (zwłaszcza w gorące dni). Niedobór płynów objawia się najpierw nieprzyjemną suchością w ustach i warto na ten symptom zareagować sięgnięciem po butelkę z wodą lub odżywczym sokiem.











piątek, 5 sierpnia 2016

MOJE PO GÓRACH CHODZENIE...



Gdy po górach spaceruję,
oddech życia w piersiach czuję.
Odkąd góry pokochałem,
tutaj mam swe miejsce stałe.

Piękne Tatry urzekają,
nieodparty urok mają.
 Drugą góry mą miłością,
hobby, pasją i radością.


Tak już w życiu bywa, że nie we wszystkim doświadczamy "miłości od pierwszego wejrzenia". Pierwszemu kontaktowi z nową dla nas rzeczywistością często nie towarzyszy zauroczenie, oszołomienie. 

Dotyczy to na przykład uczucia do osoby płci przeciwnej, pierwszej lektury jakiejś książki, obejrzanego po raz pierwszy obrazu czy rzeźby.

Podobnie było też w wypadku mojego pierwszego kontaktu z górami. Mój pierwszy zdobyty szczyt to Pilsko, drugi co do wysokości po Babiej Górze w Beskidzie Żywieckim. Nie pamiętam, żebym poczuł wtedy euforię.

Drugim był Czarny Staw Gąsienicowy. To miejsce było na tyle urzekające, że zachowałem jego obraz w pamięci (oprócz biało-czarnych zdjęć w albumie). Ale nawet nie marzyłem wtedy, że kiedykolwiek tam wrócę. Udało mi się to po 46 latach i powtórnie rok później. 

Ale moja przygoda z górami naprawdę rozpoczęła się w 2007 roku czyli 9 lat temu. To był pamiętny rok, który zapoczątkował serię moich górskich eskapad. Dla wielu nie są to z pewnością zbyt imponujące dokonania. Nie mam jednak zamiaru z nikim się porównywać i brać udziału w rankingach "zaliczonych" szczytów czy odwiedzonych miejsc. Oczywiście bardzo się cieszę z każdego nowego takiego osiągnięcia, bo daje mi to osobistą, niekłamaną satysfakcję i po każdym z nich czuję się jeszcze bardziej związany z górami i odczuwam większy apetyt na kolejne szczyty i szlaki.

Strofki, które widnieją na początku tego wpisu, napisałem w trakcie tegorocznego pobytu w górach. 

I jeszcze jeden cytat, z którym się utożsamiam:

Kiedy ktoś mnie zapytał: "Dlaczego chodzisz po górach?" odpowiedziałem, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje: a) na tych, którym pasji nie trzeba nie trzeba tłumaczyć, b) na tych, którym się jej nie wytłumaczy.

                                                                        Piotr Pustelnik


Ponieważ w przyszłym roku minie 10 lat od znamiennego roku 2007, w najbliższym czasie chciałbym się z Wami podzielić wspomnieniami o tym, jak to się zaczęło...



środa, 13 lipca 2016

TAK TO SIĘ ZACZĘŁO...

Z WIZYTĄ U PANI EWY - lipiec 2007

Krościenko n/Dunajcem, lipiec 2007 roku


Z panią Ewą utrzymuję kontakt od lat licealnych. 

Jako nasza nauczycielka języka polskiego, była naszym wychowawcą (chociaż nie wychowawcą naszej klasy "z mianowania"). 

Dla mnie była, jest i będzie zawsze kimś absolutnie wyjątkowym i bardzo bliskim. Stąd w naturalny sposób odczuwam potrzebę podtrzymywania z nią kontaktu przez wszystkie te lata. 

Po przejściu na emeryturę pani Ewa udzielała korepetycji i dzięki temu każdego lata - gdy tylko zdrowie i inne okoliczności pozwalały - dwa miesiące wakacji spędzała w górach. Miesiąc w Krościenku i miesiąc w Cisownicy. I właśnie do Krościenka zaprosiła nas w 2007 roku (mojego młodszego syna i mnie) na wspólne spędzenie kilku dni. 

I tak się to zaczęło...

We mnie obudziła się uśpiona miłość do gór (po raz pierwszy byłem w Beskidzie Żywieckim w wieku dziesięciu lat na koloniach). U syna ten krótki pobyt w Pieninach rozbudził pragnienie powrotu i poznawania coraz to nowych miejsc w górach. Niewątpliwa zasługa w tym pani Ewy. To ona zaszczepiła w nas bakcyla do gór. Od tamtej pory obaj czuliśmy nieodpartą chęć, żeby wracać tam tak często, jak tylko będzie to możliwe.

Moją fascynację górami udało mi się też zaszczepić w sercu starszego syna, z którym pojechałem najpierw do Krościenka (Pieniny 2013) i rok później do Zakopanego (TATRY 2014). 


Niezapomniane, wspólne chwile spędzone z synami na górskich szlakach, to bezcenny skarb, który pozostanie na zawsze w naszych sercach z ciepłym uczuciem wdzięczności dla Pani Ewy.


Z rozrzewnieniem spoglądam dzisiaj na tamte fotografie sprzed dziewięciu już lat...

,
w wąwozie Homole...

na balkoniku u Pani Ewy...


na Krupówkach...


 pod Palenicą...

Dzisiaj cieszę się każdą chwilą rozmowy przez telefon i każdym spotkaniem z panią Ewą. Łączy nas niezwykła przyjaźń, która obejmuje całą naszą rodzinę, bo pani Ewa zdobyła sobie serca nas wszystkich bez reszty i na zawsze. 


DZIĘKUJĘ, DROGA PANI EWO!

na spacerze wzdłuż Dunajca...

na ścieżce pod Reglami...

czwartek, 11 lutego 2016

"W OGRODACH" zimową (?) porą...

element ściany, który świetnie nadaje się 
jako tło do pamiątkowego zdjęcia 

Uroczysty wieczór z rodziną i przyjaciółmi powinien sprawić wszystkim radość. Jeśli tak się dzieje, to można uznać go za udany. Ale żeby tak było muszą zostać spełnione pewne warunki. 



Przyjazna atmosfera 
miejsca spotkania


Zadbali o to gospodarze-właściciele. Proszę zwrócić uwagę na kolejność w tym określeniu. Nie każdy wszak właściciel okazuje się gospodarzem, od którego goście wychodzą usatysfakcjonowani ze szczerym zamiarem ponownego odwiedzenia. Zadowolenie klienta restauracji to przecież coś więcej niż smacznie i po brzegi zapełniony żołądek...  Nasi gospodarze-właściciele spisali się tego wieczora na medal. 

Im oraz nam - jak się okazało w rozmowie z panią Jolantą (właścicielką restauracji) - dopisało szczęście albowiem zwolniła się sala, którą wcześniej zamawiał ktoś inny. Dzięki temu mogliśmy spędzić ten wieczór w oddzielnym pomieszczeniu z własną szatnią i toaletą. To też bardzo ważny szczegół zapewniający prywatność i pozwalający na rozsądnie swobodne zachowanie. 


Bardzo miły pan Robert wprowadził nas i zachęcił, żebyśmy się rozgościli. Włączył muzykę z płyty (następnym razem zabierzemy ze sobą własne propozycje muzyczne z nadzieją, że będziemy mogli z nich skorzystać). 
Po paru chwilach przyszedł, żeby sprawdzić, czy wszystko "gra". I - jak słusznie zauważył - troszkę zbyt głośno grała muzyka. Ten ważny drobiazg został niezwłocznie skorygowany i z przyjemnością mogliśmy dalej rozmawiać słuchając dyskretnie pobrzmiewających w tle nagrań.

Pan Robert rozłożył na odpowiednio przygotowanym i przystrojonym stole menu dla każdego. Zapoznaliśmy się z propozycjami lokalu (chociaż niektórzy z nas zajrzeli do karty dań jeszcze on-line). Nie omieszkaliśmy 'podpytać' pana Roberta, jakie być może ma dla nas jeszcze asy za rękawem i rzeczywiście miał coś w zanadrzu. Właściwie nic to dziwnego, bo restauracja przygotowuje na każdy dzień dania spoza regularnego menu. Warto przy tym zaznaczyć, że lokal proponuje zmienianą w zależności od sezonu, dostosowaną do pór roku kartę dań.

Gdybyśmy nazwali pana Roberta kelnerem, byłoby to określenie dalece niewystarczające a nawet umniejszające jego zalety. Według definicji z Wikipedii jest to bowiem osoba zajmująca się pełną obsługą [wyróżnienie rikardo] konsumenta w restauracjach.

Kelner (na szczęście coraz rzadziej) kojarzy nam się z osobą, która po prostu (nie zawsze dość uprzejmie) przyjmuje i dostarcza zamówienie. Pan Robert za to wzorowo wywiązuje się ze swojej roli i z pełnym zaangażowaniem, humorem i profesjonalizmem spełnia wszystkie oczekiwania klientów. W sytuacji, gdy z jakichś powodów niemożliwe okazuje się spełnienie wyrafinowanych gustów i pomysłów gości, taktownie i przekonująco proponuje wariant alternatywny. I potrafi zrobić to tak, że nie mamy mu za złe, że coś jest nie do końca po naszej myśli. 



Wystrój wnętrza 

czyli schludny wygląd, czystość 
i ze smakiem (nomen omen) 
oraz gustem urządzone 



Od momentu przekroczenia progu OGRODÓW nie mieliśmy wątpliwości, że nam się tu spodoba, choć właściwie spodobało się od pierwszej chwili. Chociaż niejeden z nas skorzystał wcześniej z wglądu, jaki daje w dobie obecnej internet, okazało się - co nie jest raczej zaskoczeniem, że nawet najbardziej profesjonalnie przygotowana strona, najbardziej 'wypasione' zdjęcia to nie to samo, co osobista obecność w miejscu, które oglądaliśmy na fotografiach. 

W oczekiwaniu na realizację zamówienia postanowiliśmy zrobić kilka pamiątkowych fotografii. Możliwości ciekawych ujęć w wydzielonej sali jest co najmniej kilka. Ale dla naszych potrzeb (tylko na kilka minut) zrobiliśmy drobne manewry z przestawieniem wyposażenia sali tak, by uzyskać optymalne warunki do zdjęcia rodziny i przyjaciół w tym gościnnym miejscu. 

(zdjęcia wnętrz z galerii na angielskiej wersji strony)




Menu 

- smaczne, urozmaicone i w rozsądnej cenie 


To się rozumie samo przez się, że jedzenie odgrywa niepoślednią rolę, zwłaszcza w restauracji, w której jesteśmy po raz pierwszy i nie mieliśmy do tej pory okazji, żeby skonfrontować zasłyszane bądź przeczytane opinie z naszym osobistym doświadczeniem i właściwościami naszych kubków smakowych.

Ile ludzi, tyle smaków. Tak jak gusty i upodobania również smaki bywają różne. Stąd tyle nierzadko sprzecznych ocen. W końcu każdy z nas we właściwy dla siebie sposób odbiera te same bodźce smakowe. Są potrawy i smaki, które większość z nas akceptuje bez wahania, ale też nie brak takich, które wywołują skrajnie różne reakcje. 

Dlatego nie zdziwiłem się, kiedy wśród niemal samych pochlebnych opinii natrafiłem na jedną, wyraźnie negatywną i zniechęcającą. 
Doświadczyłem tego już wielokrotnie, gdy słyszałem lub czytałem recenzje lub wpisy różnych osób na temat jakiegoś spektaklu, filmu, koncertu, wystawy, gry aktorów, dyspozycji muzyków, artystów, ich pobudek itd. Tak więc czyjeś skrajnie negatywne zdanie na temat lokalu, który zamierzałem wybrać na miejsce spotkania z najbliższymi i przyjaciółmi, uznałem za wybryk kogoś, kto być może miał już ustalony na ten temat pogląd, jeszcze zanim przekroczył próg OGRODÓW. 

Zaufałem w tym wypadku większości (w tej sytuacji uznałem to za bezpieczne posunięcie) i zamówiłem stolik na uroczysty wieczór z okazji rocznicy ślubu. 

Po niezbyt długim oczekiwaniu na przygotowanie dań (wypełnionym rozmowami i krótką sesją fotograficzną) pan Robert wniósł poszczególne potrawy w takiej kolejności, jak przygotowała je kuchnia. Obsługa postarała się, żeby były w odpowiedniej temperaturze i miały zachęcający wygląd. Zjedliśmy wszystko (prawie dosłownie) ale po chwili mieliśmy jeszcze ochotę na deser (zachęceni zresztą przez zapobiegliwego pana Roberta). 

A oto niektóre ze specjałów menu W OGRODACH:


półmisek dla dwojga


na deser szarlotka 
                                                                        albo mus bazyliowy

Kiedy rozmawiałem z panem Robertem krótko przed wyjściem, oznajmił on pani Jolancie, że nieczęsto zdarza mu się widzieć, żeby goście do tego stopnia 'wyczyścili' talerze. Wnioski nasuwają się same...

A więc na koniec dopisujemy się do listy gości. Jesteśmy przekonani, że warto W OGRODACH zjeść (smacznie i apetycznie) i spędzić miło czas w towarzystwie bliskich (i) bądź przyjaciół. Nikt nie będzie zawiedziony. Gdyby jednak taki się znalazł, to naprawdę już tylko jego problem...

P.S. Znakomitą zachętę stanowi też fragment MENU dla 'uczestników' FB. 
       Jak myślicie? Skorzystałem?




niedziela, 17 stycznia 2016

AMELIA I ZUZIA - (niekoniecznie) bajka




"Dawno, dawno temu, za górami za lasami i wielkimi jeziorami w starym zamku, który wznosił się nad lasem mieszkała piękna księżniczka o imieniu Amelia. Amelia była jedyną córeczką Króla Bonifacego oraz królowej Palladyny."


Tak zaczyna się - jak na bajkę przystało - krótkie i urokliwe opowiadanie Marcina Tomaszewskiego, jednego z członków wyprawy Annapurna IV 2015. Dalej czytamy:

"Rodzice bardzo kochali swoje jedyne dziecko i pragnęli żeby nigdy o nic się nie martwiła. Zawsze, gdy tylko o czymś pomyślała spełniali jej zachciankę a cala służba gotowa była spełnić każde jej życzenie."


Tak naprawdę całkiem blisko, może za ścianą albo po drugiej stronie ulicy mieszkają rodziny, a w nich dziecko lub dzieci, które ich rodzice traktują bardzo podobnie, niczym księżniczki lub książąt. W imię źle pojętej miłości i opacznie rozumianej troski o dobro swych pociech przyczyniają się w gruncie rzeczy do ich okaleczania i narażają na niebezpieczeństwa teraz i w przyszłości. Przez wychowanie, które można by nazwać - nie do końca trafnie - nadopiekuńczością, doprowadzają do skutków przeciwnych do tych, jakie chcieliby osiągnąć. U ich boku wyrastają egoistyczne małe istoty, które nie tylko nie szanują swoich rodziców ale wręcz ich lekceważą.

Kiedy w zamku pojawia się Zuzia, okazuje się, że bardzo się różni od księżniczki. Chociaż wychowywała się w ubóstwie i na bardzo niewiele mogła sobie pozwolić, potrafiła cieszyć się z drobiazgów i tzw. zwykłych rzeczy, niezauważanych przez innych. Tak delikatne a zarazem piękne stworzenie jak motyl na dłoni Zuzi wyglądał niczym klejnot i na jej twarzyczce wywoływał rumieńce pozytywnych emocji a szczery uśmiech świadczył o autentycznej radości, której zaznawała podczas tej ulotnej chwili.


Zuzia mogła jedynie marzyć o rzeczach, których pragnęła. Niezliczone marzenia były jej prawdziwym skarbem. Myśl o ich urzeczywistnieniu sprawiała, że stawała się silniejsza i tym bardziej rozumiała na czym polega radość dochodzenia do czegoś połączona z wysiłkiem, żeby to osiągnąć. Bezcenna mądrość Zuzi, jaką udało się zaszczepić w serduszku córki jej rodzicom, pobudzała ją do wdzięczności i szacunku dla nich. Na każdym kroku czuła ich miłość i dzięki temu była naprawdę szczęśliwa.

Niespodziewana wizyta Zuzi na zamku uświadomiła jego mieszkańcom niewłaściwe myślenie i podejście do wielu, zdawałoby się, pospolitych spraw. Rodzice Amelii i ona sama wyciągnęli wnioski z przeszłości. Na szczęście okazało się, że nie było jeszcze za późno, żeby dokonać niezbędnych zmian. Zdawali sobie sprawę, że potrzeba na to czasu i sporego wysiłku ale bez wahania przystąpili do działania.

Księżniczka Amelia zyskała też bezcenną przyjaźń Zuzi, coś, czego do tej pory nie doświadczyła.

całe opowiadanie (bajkę) czytaj na:



sobota, 17 stycznia 2015

JACY JESTEŚMY MALI I CO MOŻEMY Z TĄ WIEDZĄ ZROBIĆ...

  
Nie szukaj szczęścia w gwiazdach cudzego nieba, 
kiedy własne wisi Ci nad głową ”  
                                              — J.Wejroch 

Kiedy odczuwasz radość, możesz do pewnego stopnia czuć się szczęśliwy. Gdy swoją radością dzielisz się z innymi, to taka radość jest pomnożona i wykracza poza granice czasu.

Od czasu do czasu trafiam na coś, co wywołuje u mnie refleksję - nierzadko dość głęboką. Nieraz są to materiały, linki, które ktoś mi udostępnił. Niektóre naprawdę zasługują na dłuższe zastanowienie się i skłaniają do praktycznych wniosków.

Oglądaliśmy ostatnio z moją kochaną żoną zdjęcia z poniżej zamieszczonego linku. Na koniec zapytała: 'No dobrze, ale jakie to może mieć znaczenie, po co to i komu zda się takie porównywanie rzędu wielkości, które aż nadto są od siebie oddalone, że właściwie wydaje się iż nie mają żadnego odniesienia do nas? No może jeszcze nas jako ludzkości ale przecież nie do każdego z nas z osobna.

Odpowiedziałem zdecydowanie: Otóż ma znaczenie i głęboki sens. Inna rzecz, że mało kto tak na to patrzy: głęboko, wnikliwie a przede wszystkim PRAKTYCZNIE. Jeśli spojrzymy na te obrazy z respektem do ogromu CAŁEGO NASZEGO OTOCZENIA to okazuje się, że wniosek nasuwa się jeden: skoro wobec tak niewyobrażalnych skali wielkości jesteśmy właściwie NICZYM, to czy cokolwiek od nas zależy i czy możemy mieć na cokolwiek jakikolwiek wpływ? ZDECYDOWANIE TAK!

Zamiast skupiać się na osiągnięciu czegoś, co w rzeczy samej jest NIEOSIĄGALNE z powodu niezliczonych ograniczeń, którym podlegamy jako jednostki i jako ludzkość, właśnie na nas samych przede wszystkim powinniśmy się skupić. A ściślej mówiąc, nie dosłownie NA SOBIE a raczej na naszych najbliższych, których szczęście i najmniejszy uśmiech jakże często i jakże bardzo OD NAS zależy.

Jednak, żeby sobie to w pełni uświadomić koniecznie trzeba WEJRZEĆ W SIEBIE, ROZEJRZEĆ SIĘ WOKÓŁ SIEBIE, uwierzyć, że WARTO zrobić tyle, na ile nas stać, żeby w oczach naszych kochanych najbliższych choć przez chwilę zabłysło słońce... Zwłaszcza w te krótkie i pochmurne dni...

http://justsomething.co/these-25-pictures-will-make-you-completely-re-evaluate-your-existence/

i jeszcze jeden link:

http://htwins.net/scale2/lang.html

piątek, 22 sierpnia 2014

15 wspaniałych cytatów Robina Williamsa

o życiu





Shane S. - dziennikarz

Robin Williams wywoływał u mnie śmiech od samego dziecka; mam zamiar zapamiętać go nie głównie z powodu jego wygłupów, ale ze względu na jego słowa, które pomogły tak wielu z nas cenić życie. Oto kilka moich ulubionych jego wypowiedzi  filmowych i spoza ekranu:


„Nie ma znaczenia, co ludzie ci mówią;
                           słowa i idee potrafią zmienić świat.”



"Ludzki duch jest silniejszy niż jakikolwiek narkotyk  i  potrzebuje bodźca, jaki dają praca, zabawa, przyjaźń i rodzina. Tylko te rzeczy naprawdę się liczą."


"Wciąż jest wiele rzeczy, których możemy się nauczyć  i zawsze mogą to być wielkie rzeczy. Nawet błędy mogą być wspaniałe. "

„Zostałeś obdarzony zaledwie małą
                                       iskierką szaleństwa. 
                                    Nie wolno ci jej stracić.”



"Od tego, jak traktujesz chorobę zależy, czy z nią wygrasz czy przegrasz. Jeśli odnosisz się z szacunkiem do drugiego człowieka, możesz być pewien, że wygrasz, bez względu na ostateczny wynik. "



"Poezja, piękno, romans, miłość ... to jedyne rzeczy, dla których warto żyć."

„Carpe diem. Korzystajcie z każdego dnia, chłopcy.  
Sprawcie, żeby wasze życie było niezwykłe.”



"Kiedyś myślałem, że najgorszą rzeczą w życiu było to, że w końcu zostałem sam, ale tak nie jest. Najgorszą rzeczą w życiu jest bycie do końca  z osobami, które sprawiają, że czujesz się samotnie. "



"Nadejdą złe czasy, ale zawsze będą pobudzać cię do rzeczy, na które nie zwracałeś uwagi."



"Rzeczywistość ... co to za pomysł!"

„Wiesz czym jest muzyka? Bożym przypomnieniem,
                że poza wszechświatem jest coś jeszcze; harmonijny
                 związek pomiędzy wszystkimi żywymi stworzeniami,
                           wszędzie – nawet między gwiazdami.”



 „Wierzę w przeznaczenie. Musi być jakiś powód, że jestem taki, jaki jestem, Musi być.”


 „Tak naprawdę liczy się to, co pozostawiłeś po sobie, [nawet] jeśli wszystko inne zrobiłeś źle.”



"Ale, och, być wolnym ... to coś takiego, co byłoby większe niż cała magia i wszystkie skarby na całym świecie."


„Żyć. Żyć, żeby życie było cholerną przygodą.”
 
źródło:
https://www.linkedin.com/today/post/article/20140813051412-7374576-15-amazing-robin-williams-quotes-on-life?trk=eml-mktg-inf-w-top-p4

środa, 9 lipca 2014

TATRY

"CZEŚĆ!" - SAVOIR VIVRE NA SZLAKU



W Tatrach (a ściślej rzecz ujmując, nad Morskim Okiem) byłem po raz pierwszy już kilka lat temu, ale tym razem zdobyłem pierwsze szczyty: Kasprowy Wierch i Kopę Kondracką. W górach, tak w ogóle, głównie w Pieninach też byłem już kilka razy. I zawsze, gdy mijałem kogoś na szlaku, wymienialiśmy pozdrowienie, najczęściej w formie: 'Dzień dobry!' Od razu spodobał mi się taki zwyczaj. Uznałem, że tak jest przyjęte wśród turystów, że się pozdrawiają na szlaku. Czułem przy tym osobliwą bliskość ze wszystkimi, którzy chodzą po górach. Jedni być może po raz pierwszy, inni już nie potrafią zliczyć ile razy i gdzie byli, i wreszcie tacy, jak ja - nie zupełnie początkujący, ale już z jakimś, jakby nie było, doświadczeniem... A więc, jak wspomniałem, dzięki takiemu pozdrowieniu pod adresem nieznajomego na szlaku można było poczuć swoistą solidarność, czasem sympatię (na skutek wymiany uśmiechów, życzliwości okazanej np. przez zrobienie zdjęcia napotkanym osobom). Pozdrowienie takie uświadamiało mi też, że można liczyć na czyjąś pomoc w nieprzewidzianej sytuacji. Okazało się, że te moje osobiste odczucia harmonizują ze zwyczajem pozdrawiania się na szlaku. Ale nie wiedziałem o pewnym szczególe.

Otóż, gdy spotykałem na trasie osoby w różnym wieku, zwykle do starszych od siebie mówiłem: 'Dzień dobry!' Niezbyt często zdarzało się, że ktoś powiedział 'cześć!', ale nie rozróżniałem tych pozdrowień w kategorii wieku, ani w ogóle.
Tymczasem przypadkowo, szukając informacji o szlakach w Tatrach, natrafiłem na notatkę dotyczącą zwyczaju pozdrawiania się nawzajem wędrujących w górach turystów.

Okazało się, że tradycyjne pozdrowienie to "Cześć!' i to niezależnie od wieku, płci, profesji, wykształcenia, religii (stąd zdjęcie zakonnicy, którą tak jak innych napotkanych na szlaku, pozdrowiłem: 'Cześć!', co przyjęła z nieukrywanym zdziwieniem). Chcąc być w zgodzie z savoir-vivre na szlaku oraz dla podtrzymania dobrej tradycji permanentnie mijając się lub wyprzedzając wędrowców pozdrawiałem jak wyżej. 

Przy okazji jeszcze jedno spostrzeżenie. 
Niestety dość często niektórzy, jakby w nieświadomości, a może demonstracyjnie (zastanawiam się tylko, co w ten sposób chcieli wyrazić) nie pozdrawiali nas lub nie odpowiadali na nasze pozdrowienie. Czasem miałem wrażenie, że niektórzy z nich są tu 'za karę' lub co najmniej wbrew swojej woli. 

I na koniec, żeby nie było, że jestem jakimś zatwardziałym tradycjonalistą albo 'sztywniakiem' lub dziwakiem. Jeśli spotkam kogoś, kto pozdrowi mnie inaczej niż 'cześć' nie będę mu tego miał za złe i bez względu na formę (bo tak naprawdę nie jest ona najważniejsza) odpowiem z uśmiechem: "CZEŚĆ!"






piątek, 13 czerwca 2014

"TWÓRCA GÓR"




"Kiedy leży pan pod niebem usianym gwiazdami, czy ma pan poczucie świętości, czy czuje pan w głębi serca, że patrzy pan na dzieło Boga?"


12.06.2014

Zapisałem to zdanie już dawno, niemal w tym samym momencie, gdy natknąłem się na nie czytając powieść Dana Browna *. Obiecałem sobie, że postaram się wrócić do niego po jakimś czasie, żeby coś dopisać jako moje osobiste przemyślenia. I teraz właśnie jest ten czas...

Jestem na urlopie, chociaż nie tak miał wyglądać. Planowałem wyjazd w góry i bajeczne wyprawy i wędrówki po górskich szlakach. Wszystko było już zapięte na ostatni guzik i "guzik" z tego wyszło. Nie pojechałem - mniejsza o to, z jakiego powodu...

Dlaczego taki wstęp? Wyjaśnienie jest prozaicznie proste. Niewiele jest miejsc, gdzie można się zachwycać "niebem usianym gwiazdami" w całej pełni. Światła cywilizacji skutecznie "zagłuszają" blask nieporównanie jaśniejszych gwiazd. Względnie oddalone od cywilizacji obszary górskie pozwalają na jedyne w swoim rodzaju i klimacie obserwacje nieba nocą. Widziałem je już nieraz i zawsze tęsknię za tym niepowtarzalnym klimatem i widokiem, gdy nie widać nic tylko pulsujące światełka gwiazd oraz innych obiektów z różnych zakątków wszechświata. Spoglądając pod nogi dopiero po dłuższym czasie, kiedy wzrok nieco już się przyzwyczai, udaje się dojrzeć, ale też niewiele, szczegółów. Żeby bezpiecznie się poruszać w takiej ciemności koniecznie trzeba mieć przy sobie latarkę lub cokolwiek, co mogłoby ją zastąpić, na ten przykład komórkę, z którą na ogół mało kto się rozstaje. Jeśli przy tym ciemności towarzyszy niczym nie skażona cisza, w której słychać jedynie naturalne odgłosy przyrody a z nami jakaś najbliższa osoba, to - jak dla mnie - więcej szczęścia nie potrzeba. Można takie chwile przeżywać w milczeniu lub od czasu do czasu wymieniać westchnienia zachwytu i wdzięczności za cud stworzenia i Tego, któremu ten cud zawdzięczamy. 

Właśnie. Ilu z nas wpatrując się w ogrom otaczającego nas dzieła Boga, choć przez chwilę zastanawia się nad tym, jak wiele Mu zawdzięczamy. Zapierające dech w piersiach krajobrazy, ptaki, zwierzęta i rośliny, nieskończona różnorodność kształtów i barw, to - zdawałoby się - wystarczająco dużo powodów, żeby okazać wdzięczność Stwórcy. I chociaż to nie najważniejsze powody, to i tak wielu zapomina podziękować... - "TWÓRCY GÓR"

Przeczytaj na jw.org:

Góry - dlaczego są nam potrzebne
Wiedza mieszkańców gór



13.06.2014

Życie bywa zaskakujące - pozytywnie lub negatywnie. Wolimy oczywiście to pierwsze. I wygląda na to, że coś takiego mnie spotkało. Wczoraj zdecydowałem, że jednak jadę w ukochane góry, żeby się po raz kolejny pozachwycać... Na rozgwieżdżone, czarne niebo popatrzeć (mam nadzieję na chociaż jeden krótki bezchmurny wieczór...) i przy dziennym świetle podziwiając piękno i majestat gór, Stwórcy za każdą chwilę życia podziękować...

Zapraszam do przeczytania fotorelacji: MOJE TATRY





czwartek, 20 lutego 2014

"Nauka (...) stworzyła świat, w którym nie ma miejsca na podziw i zdumienie." (1)

WYSTĄPIENIE KAMERLINGA* PODCZAS KONKLAWE 
                 W KAPLICY SYKSTYŃSKIEJ (1)


"Osiągnięcia medycyny, elektroniczne środki łączności, podróże kosmiczne, genetyczne modyfikacje... to są cuda, o których obecnie opowiadamy swoim dzieciom. To są cuda, które rozgłaszamy jako dowód, że nauka przyniesie nam odpowiedzi. (...)"

"Cuda techniki". Tak zwykliśmy mówić o zdobyczach nauki. Ale czy pomyśleliśmy o tym, że większość z nich (jeśli nie wszystkie) to tylko mniej lub bardziej udane kopie rozwiązań podpatrzonych w naturze, w świecie przyrody, wciąż jeszcze (na szczęście) budzącym podziw i respekt? A jakże często te tzw. "cuda" są w żałosny lub wręcz tragiczny sposób wykorzystywane wbrew ich wynalazcom. Wynalazcom? No właśnie. Czy bardziej stosownym określeniem nie byłoby użycie w tym kontekście słowa "naśladowca"? (przeczytaj lub posłuchaj np. "Latarnia" świetlika z rodzaju Photuris albo Skrzydło motyla) 

Proponuję, żeby dokonania nauki i zdobycze umysłu ludzkiego określać jako "cudy" (a nie "cuda") w odróżnieniu od cudów, których niedoścignionym autorem jest Stwórca.

"(...) dla zwycięstwa nauki wszyscy ponieśliśmy koszty. A były to koszty bardzo wysokie. (...)

Nauka wprawdzie przyniosła nam ulgę w chorobach i znojnej pracy oraz dostarczyła urządzeń służących naszej wygodzie i rozrywce, ale jednocześnie stworzyła świat, w którym nie ma miejsca na podziw i zdumienie. Nasze zachody słońca zredukowano do długości fal i częstotliwości. Złożoność wszechświata została wtłoczona w równania matematyczne. Zniszczono nawet nasze poczucie wartości wynikające z bycia człowiekiem. Nauka twierdzi bowiem, że planeta Ziemia i jej mieszkańcy są nic nie znaczącym pyłkiem w wielkim schemacie. Kosmicznym zbiegiem okoliczności. (...)"

Głównie z powodu niepohamowanego tempa życia i nieograniczonych materialistycznych dążeń współczesny człowiek zatracił w znacznej mierze poczucie odczuwania otaczającego go piękna. Także bolesny kontrast pomiędzy bogactwem a ubóstwem sprawił, że zarówno zamożna część społeczeństwa jak i ci, którzy żyją w skrajnej nędzy, nie są w stanie dostrzec cudu stworzenia. Jedni - pochłonięci bez reszty zabieganiem o coraz więcej dóbr materialnych i z obawy, że mogliby je stracić. Drudzy - wycieńczeni codzienną troską o podstawowe potrzeby i brakiem perspektyw na jakąkolwiek poprawę sytuacji. 

Chociaż da się też dostrzec pewien paradoks. 

Bogaci, z racji swojego statusu materialnego, teoretycznie mający większy lub nieograniczony niemal dostęp do wszelkich dóbr i możliwość bycia w najpiękniejszych zakątkach naszego ziemskiego domu, często w ogóle nie widzą piękna w jego najczystszej postaci. 

Ubodzy, chociaż nękani wieloma problemami, bardziej są skłonni przystanąć, zamyślić się, zachwycić - motylkiem, pszczółką, wróbelkiem... A co ważniejsze niejeden z nich w sercu dziękuje za te cuda Stwórcy...

Dan Brown - ANIOŁY I DEMONY