OSTATNIO CZYTANE
-
Korek na autostradzie. Zmora kierowców. Godziny bezczynnego czekania na nie wiadomo co. Puszczają nerwy. Bezsilność w bezruchu. Be...
-
"Ludzie zrobią wiele, żeby pecha uniknąć, a to gwarantowany sposób, by im się przytrafiło coś złego. Po prostu sami sprowadzają go na...
-
Będąc pod wrażeniem wnikliwości, mądrości i sprawiedliwości Sancza, sądy jego zrelacjonować postanowiłem językiem do Pana Wiktora Woro...
-
Kierdel widziany z Drogi Pod Reglami Prosto z Doliny ku Dziurze udaliśmy się Drogą pod Reglami w...
-
"Marzanna" 'u Ryśka' pod Nosalem W „Marzannie” pod Nosalem, ‘u Ryśka’ czasem zwanej, przypadkiem ...
NIEZAPOMNIANA LEKCJA
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CYTATY z.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CYTATY z.... Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 stycznia 2016
MOJE ŻYCIE W NOWYM ORLEANIE - LOUIS ARMSTRONG (nie tylko) o sobie - cz.2
o ulubionych potrawach
(...) Wszyscy troje ciężko borykaliśmy się z losem niemal przez całe nasze życie, mimo to chętnie przeżyłbym to wszystko jeszcze raz od nowa. Mayann za piętnaście centów potrafiła przyrządzać tak smakowite potrawy, że na samo ich wspomnienie cieknie mi ślinka. Nieraz posyłała mnie (...) po rybie głowy za piętnaście centów i robiła wielki garnek cubie yon , które podawała z sosem pomidorowym i ugotowanym na sypko ryżem. Obżeraliśmy się tym do granic możliwości. Jej kreolska gęsta zupa gumbo była najlepsza na świecie. A jaką gotowała kapustę z ryżem! O czerwonej fasoli z ryżem mogę powiedzieć jedynie tylko tyle, że jest to potrawa mojego życia.
Mayann nauczyła nas oboje przyrządzać swoje najlepsze potrawy. Jej jumbolaya była wprost cudowna. Jest to mieszanina kiełbasy, krewetek, ostryg i krabów z ryżem, przyprawiona sosem pomidorowym. Palce lizać! I jeśli ktokolwiek, próbując jumbolayi ugotowanej przez Mayann, nie potwierdziłby tego, to nie nazywam się Louis Satchmo Daniel Armstrong."
o szczęściu
"Wracałem właśnie do domu, gdy nagle zerwała się wściekła wichura z deszczem. Gwałtowne podmuchy wiatru zrywały z domów dachówki i rzucały je na ulicę. Miałem szczęście, że wyszedłem z tego cało, bo dachówki padały gęsto i zabiły wielu ludzi."
o bananach
"Ponieważ nie miałem okazji grać na kornecie, chwytałem się różnych prac dorywczych. Przez jakiś czas pracowałem w porcie przy rozładunku bananów, aż tu raz z wiązki, którą niosłem do punktu kontroli, wyskoczył wielki szczur. Rzuciłem wiązkę i zacząłem uciekać. Kontroler wołał za mną, żebym wrócił i odebrał zapłatę, ale ja zatrzymałem się nie wcześniej aż w domu. Od tego czasu obchodziłem te owoce z daleka. Nie ruszyłbym banana, nawet gdybym miał umrzeć z głodu. A pamiętam, jak bardzo je przedtem lubiłem. Gdy kontroler na mnie nie patrzył, potrafiłem sam załatwić dojrzałą wiązkę."
o zakupach na raty
"(...) kupiłem swój pierwszy fabrycznie nowy kornet na raty, na zasadzie spłat "trochę teraz, trochę później". Ale gdy tylko mój wierzyciel mnie złapał i upominał się o "trochę teraz", mówiłem mu:
- Dam wam wszystkim trochę p ó ź n i e j, bo niech mnie szlag trafi, jeśli mogę wam dać trochę t e r a z."
o sobie
"Nie chcę, aby ktoś pomyślał, że pozuję na świętego. Mam wady jak każdy człowiek, jednak zawsze starałem się żyć uczciwie. Byłem zdecydowany grać swoją muzykę bez względu na wszystko, i aby to osiągnąć, musiałem zrezygnować z wielu przyjemności."
o inspiracji
"Jako chłopiec czerpałem inspirację do swojej muzyki z wielu źródeł, dostarczali mi jej różni ludzie i różne instrumenty. Zawsze kochałem muzykę i nie miało dla mnie znaczenia, kto i na jakim instrumencie ją gra, jeśli była dobra."
środa, 27 stycznia 2016
MOJE ŻYCIE W NOWYM ORLEANIE - LOUIS ARMSTRONG (nie tylko) o sobie - cz.1
o matce
"(...) ona [matka] zawsze serdecznie wszystkich pozdrawiała i patrzyła ludziom prosto w oczy. Nigdy też nikomu nie zazdrościła. Wydaje mi się, że te cechy po niej odziedziczyłem. (...)
o trosce o zdrowie
"Ty, synu, jesteś jeszcze młody i całe życie przed tobą. Zapamiętaj to sobie: kiedy ktoś jest chory, nikt mu nic nie da. Dlatego musisz dbać o swoje zdrowie. To ważniejsze niż pieniądze. (...)
o sobie
"Znałem swoje miejsce, każdego uszanowałem i nigdy nie byłem niegrzeczny czy arogancki. Tego nauczyły mnie Mayann i babka. (...)"
o przyjęciu do orkiestry
" - Louisie Armstrongu - powiedział - czy chciałbyś grać w naszej orkiestrze dętej?
Oniemiałem; byłem tak zaskoczony, że nie potrafiłem wykrztusić słowa odpowiedzi. Powtórzył pytanie, aby się upewnić, czy zrozumiałem, o co chodzi.
- Louisie Armstrongu, pytam, czy chciałbyś grać w naszej orkiestrze dętej?
- Oczywiście, że chciałbym, Mr. Davis... Oczywiście, że chciałbym - wyjąkałem.
Poklepał mnie po plecach i powiedział:
- Umyj się i przyjdź na próbę."
o zarabianiu na życie
(...) "Cała moja rodzina była zawsze w biedzie, a gdy urodził się Clarence [syn kuzynki Louisa, Flory - przyp. rikardo], ja byłem jedynym, który możliwie zarabiał. Nie były to kokosy, ale moja sytuacja była o wiele lepsza niż reszty rodziny. Sprzedawałem gazety, a prócz tego grywałem dorywczo na kornecie. Kiedy to nie wystarczało, chodziłem do dzielnicy Front o'Town, gdzie znajdowało się wiele hurtowni. Sortowano tam ziemniaki, cebulę, kapustę, kurczaki, indyki i wszelkiego rodzaju produkty sprzedawane później hotelom i restauracjom. Zepsute produkty wyrzucano do wielkich beczek, które wystawione na chodnik, wywożone były następnie przez śmieciarki. Przed ich przyjazdem grzebałem w beczkach, wyciągając z nich najlepsze kąski, jak nadpsute kurczaki, indyki, kaczki, gęsi itp. W domu wycinaliśmy zepsute kawałki, gotowaliśmy dokładnie pozostałe, dobre części, a potem przybieraliśmy je ładnie i układaliśmy w koszyku. Wyglądały bardzo apetycznie; sprzedawaliśmy je różnym restauracjom za tyle, ile właściciel nam dawał. (...) Nikt z całej naszej rodziny nie miał żadnego zawodu, wszyscy pracowaliśmy za dniówkę."
wtorek, 26 stycznia 2016
MOJE ŻYCIE W NOWYM ORLEANIE - LOUIS ARMSTRONG (4) [r. XII] - "sobie na złość"(?)
"David Jones głodował przez całe lato. (…) Oszczędzał aż do
przesady, a wszystkie pieniądze wysyłał na farmę (…) Potrafił jeść codziennie
jabłko zamiast dobrego gorącego posiłku. A jaki był tego rezultat? Zanim
bawełna dojrzała, zniszczyły ją szkodniki. Nie zdążył nawet obejrzeć swojej
farmy, kiedy dostał telegram z zawiadomieniem, że wszystko szlag trafił. (…)
Ten przypadek przekonał mnie, że nie warto oszczędzać na
żołądku. Nigdy, od dziecka, nie miałem ochoty robić sobie samemu na złość,
czyli – jak to się mówi – „na złość twarzy obcinać sobie nos”.
I uważam, że
jest to słuszne."
W naszym ojczystym języku funkcjonuje powiedzenie: "na złość mamie odmrożę sobie uszy". Sens jest tak czy tak ten sam. Nie warto nic robić na przekór innym a zwłaszcza wbrew sobie, na swoją szkodę.
W naszym ojczystym języku funkcjonuje powiedzenie: "na złość mamie odmrożę sobie uszy". Sens jest tak czy tak ten sam. Nie warto nic robić na przekór innym a zwłaszcza wbrew sobie, na swoją szkodę.
poniedziałek, 25 stycznia 2016
MOJE ŻYCIE W NOWYM ORLEANIE - LOUIS ARMSTRONG (3) [r. VI] - zwyczaje pogrzebowe
"(...) Na pogrzebach w Nowym Orleanie atmosfera smutku trwa dopóty,
dopóki trumna nie zostanie spuszczona do grobu, a pastor nie wypowie
sakramentalnego: „Z prochu powstał i w proch się obrócisz”.
Kiedy zmarły
znajdzie się już sześć stóp pod ziemią, orkiestra rozpoczyna jedną z tych
starych skocznych melodii w rodzaju Didn’t
He Ramble i wszystkich uczestników pogrzebu opuszcza przygnębienie. (…)
W miarę rozgrzewania się orkiestry wszyscy obecni zaczynają się kołysać, a zwłaszcza ci, którzy przyłączają się do orszaku pogrzebowego po drodze. Tworzą oni tak zwaną „second Line” (drugą linię); może należeć do niej każdy przechodzień mający ochotę posłuchać muzyki. Przyciąga ich specyficzna atmosfera, jaka towarzyszy tym pogrzebom, a prócz tego mają ochotę zobaczyć, co się będzie działo. Niektórzy idą tylko parę ulic, inni nie odstępują orkiestry aż do zakończenia całej ceremonii.
Czasem zwłoki bywają wystawione na widok publiczny i wtedy czuwają przy nich zazwyczaj bliscy zmarłego. Rodzina zmarłego przez całą noc podaje kawę, ser i kruche ciasteczka, aby ci, którzy przychodzą śpiewać hymny przy zwłokach mogli posilać się do woli. Chodziłem często na takie czuwania i nieraz rozpoczynałem śpiewać jakiś hymn. Kiedy już wszyscy przyłączyli się do śpiewu, wykradałem się po cichu do kuchni i opychałem się serem i ciastkami, zapijając to kawą. Bardzo mi to zawsze smakowało. Może dlatego, że wszystko było za darmo; kosztowało mnie to tylko jedną pieśń, a raczej - hymn."
niedziela, 24 stycznia 2016
MOJE ŻYCIE W NOWYM ORLEANIE - LOUIS ARMSTRONG (2) [r. III] - zapach banksji
"Kiedy wraz z innymi chłopakami wyszedłem wozu, pierwsze, co
zauważyłem, to był szpaler dużych drzew przed budynkiem [poprawczaka - przyp. rikardo]. W powietrzu unosił się
piękny zapach.
- Co to za kwiaty tak pięknie pachną? – zapytałem.
- Banksje – odpowiedział ktoś.
Ogromnie polubiłem zapach tych kwiatów; mógłbym je wąchać
bez końca."
Czy znacie zapach banksji?
Skądinąd ciekaw jestem co tak zauroczyło nos Louisa?
Czy znacie zapach banksji?
Skądinąd ciekaw jestem co tak zauroczyło nos Louisa?
sobota, 23 stycznia 2016
MOJE ŻYCIE W NOWYM ORLEANIE - LOUIS ARMSTRONG (1) [r. I] - zabawa w chowanego
"W dni wolne od nauki babka brała mnie ze sobą do domów
białych, gdzie sprzątała i prała. W czasie gdy ona pracowała, ja bawiłem się na
podwórku z białymi chłopcami. Ile razy bawiliśmy się w chowanego, zawsze ja
byłem tym, który się chował, i zawsze ci sprytni chłopcy mnie znajdywali. (…)
Kiedyś
w gorący letni dzień bawiłem się w najlepsze z (…) białymi chłopcami. Ja,
oczywiście, chowałem się. Właśnie biegałem po różnych zakamarkach, kombinując
gorączkowo, gdzie by się tu ukryć, gdy nagle zobaczyłem babcię schyloną nad
balią i piorącą zawzięcie. Jej szeroka luźna spódnica z rozcięciem wydała mi
się świetną kryjówką. Błyskawicznie rzuciłem się do niej i dałem nura pod
spódnicę, zanim chłopcy zdążyli mnie zobaczyć. Przez dłuższy czas słyszałem,
jak biegali tam i z powrotem, pytając:
- Gdzież on się podział?
Kiedy chcieli już zrezygnować z szukania, wystawiłem głowę
spod spódnicy i zawołałem:
niedziela, 17 stycznia 2016
AMELIA I ZUZIA - (niekoniecznie) bajka
"Dawno, dawno temu, za górami za lasami i wielkimi
jeziorami w starym zamku, który wznosił się nad lasem mieszkała piękna
księżniczka o imieniu Amelia. Amelia była jedyną córeczką Króla Bonifacego oraz
królowej Palladyny."
Tak zaczyna się - jak na bajkę przystało - krótkie i urokliwe opowiadanie Marcina Tomaszewskiego, jednego z członków wyprawy
Annapurna IV 2015. Dalej czytamy:
"Rodzice
bardzo kochali swoje jedyne dziecko i pragnęli żeby nigdy o nic się nie
martwiła. Zawsze, gdy tylko o czymś pomyślała spełniali jej zachciankę a cala
służba gotowa była spełnić każde jej życzenie."
Tak naprawdę całkiem blisko, może za ścianą albo po drugiej
stronie ulicy mieszkają rodziny, a w nich dziecko lub dzieci, które ich rodzice
traktują bardzo podobnie, niczym księżniczki lub książąt. W imię źle pojętej
miłości i opacznie rozumianej troski o dobro swych pociech przyczyniają się w
gruncie rzeczy do ich okaleczania i narażają na niebezpieczeństwa teraz i w
przyszłości. Przez wychowanie, które można by nazwać - nie do końca trafnie -
nadopiekuńczością, doprowadzają do skutków przeciwnych do tych, jakie chcieliby
osiągnąć. U ich boku wyrastają egoistyczne małe istoty, które nie tylko nie
szanują swoich rodziców ale wręcz ich lekceważą.
Kiedy w zamku pojawia się Zuzia, okazuje się, że bardzo się różni od księżniczki. Chociaż wychowywała się w ubóstwie i na bardzo niewiele mogła sobie pozwolić, potrafiła cieszyć się z drobiazgów i tzw. zwykłych rzeczy, niezauważanych przez innych. Tak delikatne a zarazem piękne stworzenie jak motyl na dłoni Zuzi wyglądał niczym klejnot i na jej twarzyczce wywoływał rumieńce pozytywnych emocji a szczery uśmiech świadczył o autentycznej radości, której zaznawała podczas tej ulotnej chwili.
Zuzia mogła jedynie marzyć o rzeczach, których pragnęła. Niezliczone marzenia były jej prawdziwym skarbem. Myśl o ich urzeczywistnieniu sprawiała, że stawała się silniejsza i tym bardziej rozumiała na czym polega radość dochodzenia do czegoś połączona z wysiłkiem, żeby to osiągnąć. Bezcenna mądrość Zuzi, jaką udało się zaszczepić w serduszku córki jej rodzicom, pobudzała ją do wdzięczności i szacunku dla nich. Na każdym kroku czuła ich miłość i dzięki temu była naprawdę szczęśliwa.
Niespodziewana wizyta Zuzi na zamku uświadomiła jego mieszkańcom niewłaściwe myślenie i podejście do wielu, zdawałoby się, pospolitych spraw. Rodzice Amelii i ona sama wyciągnęli wnioski z przeszłości. Na szczęście okazało się, że nie było jeszcze za późno, żeby dokonać niezbędnych zmian. Zdawali sobie sprawę, że potrzeba na to czasu i sporego wysiłku ale bez wahania przystąpili do działania.
Księżniczka Amelia zyskała też bezcenną przyjaźń Zuzi, coś, czego do tej pory nie doświadczyła.
całe opowiadanie (bajkę) czytaj na:
czwartek, 24 grudnia 2015
HOBBIT (4) - "(...) zwycięstwo to bardzo smutna historia."
Rozdział 18
Droga powrotna
"(...) zwycięstwo to bardzo smutna historia."
Do takiej refleksji dochodzi Bilbo Baggins po bitwie, w której - jak to zazwyczaj w takich razach bywa - jedni są zwycięzcami a drudzy pokonanymi. Dla tych drugich, co wydaje się oczywiste, wynik potyczki jest powodem do smutku. Ale dlaczego Bilbo jako należący do obozu zwycięskiego uważa, że cieszyć się raczej nie ma powodu? Aż nadto widzi jak wielką cenę przyszło zapłacić mu za zwycięstwo. Zbyt wielką. Śmierć przyjaciela. I właśnie to smuci hobbita.
W naszym codziennym życiu toczymy walkę o wiele rzeczy ważniejszych i mniej istotnych. Przekonaliśmy się już niejednokrotnie, że nie zawsze sukces = szczęście. Nader często towarzyszy mu gorycz i refleksja, zastanowienie się nad kosztami, jakie ponieśliśmy. Właśnie. Dlaczego po a nie przed, kiedy już nic zgoła nie można zmienić, bo przecież nie da się cofnąć czasu... Gdybyśmy przed podjęciem decyzji rozważyli czy warto postąpić tak lub inaczej może udałoby się uniknąć rozczarowań. To prawda, że są sytuacje, w których trzeba stawić czoła brutalnej rzeczywistości, nie ma wyboru lub co najwyżej można się wycofać...
"Świat byłby weselszy, gdyby więcej jego mieszkańców (...) ceniło dobre jadło, zabawę i śpiew wyżej niż górę złota."
fragment mowy pożegnalnej Thorina, Króla spod Góry
Gonitwa za bogactwem okazuje się marnością. Przykładów można by mnożyć.
Jeśli nie my sami, to ktoś z grona naszych najbliższych, przyjaciół bądź znajomych przekonał się o tym aż nadto dotkliwie. Radość i szczęście nie zależy przecież od statusu materialnego.
środa, 23 grudnia 2015
HOBBIT (3) - Zagadki w ciemnościach czyli pojedynek na życie i śmierć...
Rozdział 5
Zagadki w ciemnościach
Zagadki Golluma
Korzeni nie widziało niczyje oko,
A przecież to coś sięga bardzo wysoko,
Od drzew wybujało wspanialej,
Chociaż nie rośnie wcale.
Nie ma skrzydeł, a trzepocze,
Nie ma ust, a mamrocze,
Nie ma nóg, a pląsa,
Nie ma zębów, a kąsa.
Nie można tego zobaczyć, ani dotknąć palcami,
Nie można wyczuć węchem ani usłyszeć uszami;
Jest pod górami, jest nad gwiazdami,
Pustej jaskini nie omija,
Po nas zostanie, było przed nami,
Życie gasi, a śmiech zabija.
Nie oddycha, a żyje,
Nie pragnie, a wciąż pije.
Coś, przed czym w świecie nic nie uciecze,
Co gnie żelazo, przegryza miecze,
Pożera ptaki, zwierzęta, ziele,
Najtwardszy kamień na mąkę miele,
Królów nie szczędzi, rozwala mury,
Poniża nawet najwyższe góry.
Zagadki Bilba Bagginsa
W czerwonej stajni trzydzieści białych koni
Kłapie, tupie, a czasem ze strachu dzwoni.
Oko, co tkwiło w niebieskiej twarzy, ucieszyło się ogromnie,
Gdy zobaczyło w zielonej twarzy drugie oko.
„Ono jest zupełnie podobne do mnie,
Tylko że błyszczy nisko, a ja wysoko”.
[odpowiedź w książce]
Pudełko bez zawiasów, klucza ani wieka,
A przecież skarb złocisty w środku skryty czeka.
Beznogi leży na jednonogim,
Dwunogi siedzi na trójnogim,
A czworonóg dostanie resztki.
[odpowiedź w książce]
Większość z nas chyba lubi zagadki.
Najbardziej uwielbiają je dzieci (może bardziej nawet zadawać niż zgadywać). Ale od zagadek nie stronią w zasadzie ludzie w każdym wieku.
Są one częścią spotkań towarzyskich, odgrywają mniejszą lub większą rolę w bajkach, baśniach, powieściach, filmach i sztukach teatralnych.
Służą zabawie albo w ich atmosferze rośnie napięcie.
Szczególnie niektóre teleturnieje mają formę zagadek i właśnie w takiej postaci zyskały niesłychaną wręcz popularność.
Szczególnie niektóre teleturnieje mają formę zagadek i właśnie w takiej postaci zyskały niesłychaną wręcz popularność.
Czasem od rozwiązania zagadki może zależeć czyjś los lub nawet życie.
A tak w ogóle zagadki można uznać za niezłą terapię pobudzającą nasz mózg. Niektóre w treści lub rozwiązaniu kryją jakiś morał.
W sumie więc zarówno wymyślanie zagadek jak i ich rozwiązywanie daje wiele pożytku wszystkim, którzy potrafią się nimi bawić i mają odpowiedni do nich dystans.
wtorek, 22 grudnia 2015
HOBBIT (2) - Krótka refleksja o tym, jak rozmawiamy...
Rozdział 3
"Dziwna rzecz: o tym, co najlepsze, i o dniach najmilej spędzonych niewiele się ma do opowiadania, a słuchanie o tym nie tak bawi słuchacza; za to o rzeczach przykrych, niepokojących czy wręcz groźnych można opowiadać wspaniałe historie i starczy tematu na długo."
Kiedy spotykasz kogoś po jakimś czasie w 'realu' albo rozmawiasz z nim za pośrednictwem komunikatora internetowego lub przez telefon, najczęściej pada pytanie w rodzaju: "Co u ciebie słychać? Co się ostatnio wydarzyło w twoim życiu [od ostatniej rozmowy]?"
No właśnie. Co w takiej sytuacji odpowiadamy? O czym mówimy? Czy często nie skupiamy się na tym, co nas zirytowało, rozdrażniło, wyprowadziło z równowagi? W dodatku nie mówimy o sobie tylko o kimś, o czymś, co negatywnie wpłynęło na nas. A przecież pytającemu zależało raczej na tym, żebyśmy podzielili się z nim jakimś pozytywnym przeżyciem, doświadczeniem, tym bardziej, że zapewne w jego życiu też nie brakowało chwil, o których zapewne chciałby zapomnieć. Tymczasem po naszej odpowiedzi czuje się 'zachęcony' do podobnych, bynajmniej nie budujących zwierzeń.
Albo nierzadko odpowiadamy po prostu: "Ot, dzień jak co dzień. Jakoś leci. Pomalutku do przodu."
Na początek to może nawet dobre. Ale czy nieraz nie poprzestajemy na takiej zdawkowej odpowiedzi. To prawda, że nie jest zawsze łatwo zebrać myśli. Może jesteśmy zwyczajnie przemęczeni, może mamy niełatwy okres w życiu...
Warto jednak się od czasu do czasu głębiej zastanowić i szczerze odpowiedzieć sobie na następujące pytanie: W jaki sposób rozmawiam z najbliższymi, przyjaciółmi i w ogóle z innymi? Jak o mnie świadczą tematy, które poruszam w rozmowie, zwłaszcza z najbliższymi? Czy po rozmowie ze mną ktoś jest w takim samym, lepszym nastroju czy może gorszym?
Postarajmy się wydobyć z zakamarków naszej pamięci najprzyjemniejsze momenty, nawet najkrótsze epizody z szarej codzienności. Wysilmy się, żeby opowiedzieć o nich w sposób, który przykuje uwagę rozmówcy, sprawi, że będzie nas chciał słuchać i poczuje się dobrze już w trakcie rozmowy i - a może zwłaszcza po niej.
Myślę, że ja też mam coś w tym względzie do zrobienia...
poniedziałek, 21 grudnia 2015
HOBBIT (1) DZIEŃ DOBRY
Rozdział 1
Na początek dla tych, którzy nigdy o nim nie słyszeli, definicja hobbita z książki zacytowana:
(...) co to jest hobbit? (...) Hobbici są - czy może byli - małymi ludźmi, mniejszymi od krasnoludów (...) lecz znacznie większymi od liliputów. Nie uprawiają wcale albo prawie wcale czarów, z wyjątkiem chyba zwykłej, powszechnej sztuki, która pozwala im znikać bezszelestnie i błyskawicznie, kiedy duzi, niemądrzy ludzie, jak ty i ja, zabłądzą w ich pobliże hałasując niczym słonie, tak że na milę można ich usłyszeć. Hobbici są skłonni do tycia, zwłaszcza w pasie: miewają wypięte brzuchy; ubierają się kolorowo (najchętniej zielono i żółto); nie używają obuwia, ponieważ stopy ich z przyrodzenia opatrzone są twardą podeszwą i porośnięte bujnym, ciemnym, brunatnym włosem, podobnie jak głowa (zwykle kędzierzawa); mają długie, zręczne, smagłe palce i poczciwe twarze, a śmieją się dużo, basowo, serdecznie (szczególnie po obiedzie, który - w miarę możności - jadają dwa razy dziennie).
*
DZIEŃ DOBRY
- Dzień dobry - powiedział Bilbo i powiedział to z całym przekonaniem, bo słońce świeciło, a trawa zieleniła się pięknie. Gandalf jednak spojrzał na niego spod bujnych, krzaczastych brwi, które sterczały aż poza szerokie rondo kapelusza.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał. - Czy życzysz mi dobrego dnia, czy oznajmiasz, że dzień jest dobry, niezależnie od tego, co ja o nim myślę; czy sam dobrze się tego ranka czujesz, czy może uważasz, że dzisiaj należy być dobrym?
- Wszystko naraz - rzekł Bilbo.
Dzień dobry. Zwyczajne pozdrowienie-przywitanie, które stosujemy niemal wszyscy i każdego niemal dnia. Przybiera różne formy w zależności od regionu geograficznego, wieku, środowiska. W niektórych krajach zależy również od pory dnia.
W zacytowanych przez Gandalfa pytaniach kryje się głębsza treść i zachęta do refleksji. Warto może czasem uświadomić sobie, ile dla nas samych znaczy "dzień dobry" wypowiedziane do drugiego człowieka lub odwzajemnione przezeń w nieco zmienionej formie: "witam", "cześć" lub jeszcze inaczej. Nietrudno sobie wyobrazić sytuacje skrajne, w których "dzień dobry" mogłoby znaczyć "do widzenia" czy coś w tym rodzaju. Krótko mówiąc, czasem warto by się zastanowić czy nasze "dzień dobry" jest tak zwyczajnie grzecznościowe, czy może chcemy przez nie wyrazić coś więcej. Świadczyć o tym może ton głosu, mimika twarzy, wzrok zwrócony w kierunku pozdrawianego, serdeczny uścisk dłoni i inne gesty.
W pierwszym rozdziale do hobbiciej norki przychodzą "nieproszeni goście" - trzynastu krasnoludów. Określenie to jest trafne i nieścisłe zarazem. "Nieproszeni" - a jakże, bo właściciel chatki, którą z racji rozmiarów i wyposażenia spokojnie można by nazwać "Pensjonatem pana Bilbo w Pagórku", nikogo, z wyjątkiem spotkanego w przeddzień Gandalfa, nie zapraszał. A dlaczego nieścisłe? Bowiem ów wspomniany Gandalf zaprosił gromadę krasnoludów, bynajmniej nie pytając o zgodę gospodarza.
Ciekawa była reakcja hobbita na sytuację, która była dla niego całkowitym zaskoczeniem. Jednak nie mam zamiaru jej tutaj analizować. Zastanawia mnie raczej, jak w podobnych okolicznościach bylibyśmy skłonni potraktować przypadkowych gości. Co prawda nie grozi nam najście tak licznej gromady ale nawet niespodziewana wizyta niezapowiedzianego gościa mogłaby wystawić nas na próbę. Gościnność różne ma oblicza i w różnych kręgach bywa rozumiana w różny sposób. Rzeczywistość fikcyjna opisana przez Tolkiena w jego słynnej przedwojennej powieści z pewnością znacznie odbiega od tej, która nas dzisiaj otacza. Jednak warto by się pokusić o przemyślenie, na ile jesteśmy gotowi okazywać serdeczność, szczerą i autentyczną gościnność zwłaszcza wtedy, gdy znienacka zadzwoni dzwonek do naszych drzwi...
niedziela, 15 listopada 2015
DWIE KANGCZENDZONGI (2) - "Weszliśmy na szczyt, nic więcej nie da się zrobić..."
at
13:00
Posted by
rikardo
Labels:
CYTATY z...,
DWIE KANGCZENDZONGI,
GÓRY,
HIMALAJE,
PODRÓŻE W MIEJSCU
Eugeniusz Chrobak - NA KANGCZENDZONDZE POŁUDNIOWEJ
"Nie czuję uniesienia, po prostu jesteśmy za wysoko. [*] W głowie plączą mi się słowa przeczytanego kiedyś wiersza: "Weszliśmy na szczyt, nic więcej nie da się zrobić...""
Jan Serafin - OBSERWACJA Z OBOZU III
o uczuciu himalaisty :
"Egzaltacja? Romantyzm? A jeżeli nawet! Czy jest się czego wstydzić? Może my, alpiniści, jesteśmy trochę szurnięci - kochamy te góry trochę jak... kobiety. Teraz zaś to uczucie zrodzone o świcie na pogórzu himalajskim, gdy zobaczyliśmy nasz szczyt podobny do różowej chmurki nad sinymi pasami lesistych wzgórz, zostało odwzajemnione... Jako chirurg muszę być bardzo konkretny i "chodzić po ziemi". W tej chwili robię wszystko, aby nie być taki "przytomny" i "rzeczowy". Myślę, że moi towarzysze mają podobne odczucia. Wykonywane przez nich zawody są bowiem jeszcze bardziej ścisłe - to matematycy, fizycy. Nie ma tam miejsca na romantyzm. Może właśnie dlatego oraliśmy w tej dżungli jak zwierzęta, żeby wyjść poza nasze dotychczasowe życie z jego nudnymi regułami gry?"
Każdy z nas potrzebuje od czasu do czasu oderwać się od szarości zwyczajnych dni i gonitwy, w którą bywamy wplątani nawet mimo woli, od napięcia towarzyszącego nam w przeżywaniu trudnych momentów w domu czy w pracy...
Dla każdego będzie to oznaczać zupełnie inną rzeczywistość, różną od tej, która otacza nas na co dzień i której nie jesteśmy w stanie się oprzeć. Właśnie dlatego szukamy sposobu na zregenerowanie sił, 'podładowanie akumulatorów' i odreagowanie. Jednym wystarczy niezbyt wymyślny, niedaleki i spontaniczny wypad w promieniu paru kilometrów od miejsca zamieszkania, kilka godzin relaksu w samotności albo w gronie najbliższych czy przyjaciół. Drudzy potrzebują bardziej wyrafinowanej formy wypoczynku z przewidywanym ryzykiem i zagrożeniem. Nie jest to bynajmniej równoznaczne z bezmyślnym narażaniem się na niebezpieczeństwo lecz raczej świadome przewidywanie go i staranne przemyślenie jak można by je zmniejszyć lub wręcz go uniknąć...
Wojciech Brański - GÓRY ZA NAMI I GÓRY PRZED NAMI
"Góry za nami i góry przed nami,
Światła z ciemnością zmaganie milczące,
Tuż, tuż jest wszechświat z naprężonym grzbietem,
A my tak drobni między powiekami
I serca zawsze pod skórą krwawiące.
Julles Suppervielle"
Tatry widziane z Trzech Koron
Wojciech Brański o noclegu na skraju przepaści i tuż nad nią:
"Hiszpanie swój dwuosobowy namiot rozstawili fatalnie. Część podłogi nie mieściła się a wyrąbanej w stromym śniegu platformie i zwisała wprost ku przepaści, zaś pozostała tworzyła doły i wypukłości, w które w żaden sposób nie można się było wpasować. W najgorszej sytuacji znajduje się Zyga [Zygmunt Andrzej Heinrich - przyp. rikardo], który umieszcza się od zewnętrznej strony, wisząc jak w hamaku.
- Nic się nie przejmuj, stary - mówi - przecież płótno ma swą wytrzymałość."
Jan Serafin - DO ZIELONYCH HAL
Jan Serafin - DO ZIELONYCH HAL
czyli pożegnanie z Górą:
(...) w ostrych promieniach niskiego już słońca mienią się karłowate rododendrony, kwitną żółto, niebiesko, czerwono, biało, różowo, fioletowo. Siadam na płaskim kamieniu. Mijają mnie koledzy. Cieszę się, że nikt się nie zatrzymuje. Chcę być tu sam! Przedłużyć tę chwilę pożegnania z Górą. Tuż obok jest granica cienia i czuje się chłód, ale kamień jest mocno nagrzany słońcem - przyjazny, wręcz przytulny, a kępy traw miękkie pod dotykiem, Między nimi małe różnokolorowe kwiatuszki. W trawach szumi wiatr.
Miotają mną sprzeczne uczucia. Odchodzimy stąd jako zwycięzcy. Mówi się zawsze i pisze, że na takie zwycięstwo jak nasze pracuje cały zespół. To prawda! Jest jednak i inna prawda - ten zespół pozostaje w cieniu sukcesu tych dwóch, trzech, albo w naszym przypadku pięciu wybrańców losu. Pozostali są bezimienni... Słońce grzeje coraz słabiej, cienie wydłużają się, z doliny poniżej wieje coraz większy wiatr... Może jest i trzecia prawda? Większość z nas jechała na tę wyprawę nie licząc na największy sukces, którym jest zdobycie szczytu. Liczy się, żeby po prostu być użytecznym, a miałem szczęście znaleźć się w tej grupie. Obaj z Andrzejem [Andrzej Pietraszek - przyp. rikardo] mamy też niewymierny sukces zawodowy. Dzięki medycynie dwóch ludzi - Polak i Szerpa wracają teraz do domów. A mogło być inaczej! Może nie należy więc myśleć, że stoję "w cieniu sukcesu". Każdy prawie na wyprawie odnosi sukces na swoją miarę. Dokonałem już rozrachunku. Cień doszedł do mojego głazu. Kamień stygł. Kończył się dzień. Szedłem dalej. Z daleka pobrzękiwały dzwonki jaków."
Czytając relacje uczestników wyprawy na Kangczendzongę zawsze wyczuwałem nieodpartą chęć zdobycia szczytu przez każdego z nich, a jednocześnie trudną do zaakceptowania świadomość, że wszyscy przecież i tak osobiście nie zdołają tego celu osiągnąć... Cała wyprawa to nieustanna walka wewnętrzna z samym sobą, własnymi słabościami, chwilową niedyspozycją i pokonywanie zrozumiałej zazdrości w stosunku do kolegów, którzy weszli na górę. Kulminacją tych mieszanych uczuć jest moment, w którym do głosu dochodzi świadomość, że im się udało i pozostaje się tylko z tego cieszyć. Ich sukces, nasz wspólny sukces, na który wszyscy zapracowali i z którego wszyscy mogą być dumni...
Miotają mną sprzeczne uczucia. Odchodzimy stąd jako zwycięzcy. Mówi się zawsze i pisze, że na takie zwycięstwo jak nasze pracuje cały zespół. To prawda! Jest jednak i inna prawda - ten zespół pozostaje w cieniu sukcesu tych dwóch, trzech, albo w naszym przypadku pięciu wybrańców losu. Pozostali są bezimienni... Słońce grzeje coraz słabiej, cienie wydłużają się, z doliny poniżej wieje coraz większy wiatr... Może jest i trzecia prawda? Większość z nas jechała na tę wyprawę nie licząc na największy sukces, którym jest zdobycie szczytu. Liczy się, żeby po prostu być użytecznym, a miałem szczęście znaleźć się w tej grupie. Obaj z Andrzejem [Andrzej Pietraszek - przyp. rikardo] mamy też niewymierny sukces zawodowy. Dzięki medycynie dwóch ludzi - Polak i Szerpa wracają teraz do domów. A mogło być inaczej! Może nie należy więc myśleć, że stoję "w cieniu sukcesu". Każdy prawie na wyprawie odnosi sukces na swoją miarę. Dokonałem już rozrachunku. Cień doszedł do mojego głazu. Kamień stygł. Kończył się dzień. Szedłem dalej. Z daleka pobrzękiwały dzwonki jaków."
Czytając relacje uczestników wyprawy na Kangczendzongę zawsze wyczuwałem nieodpartą chęć zdobycia szczytu przez każdego z nich, a jednocześnie trudną do zaakceptowania świadomość, że wszyscy przecież i tak osobiście nie zdołają tego celu osiągnąć... Cała wyprawa to nieustanna walka wewnętrzna z samym sobą, własnymi słabościami, chwilową niedyspozycją i pokonywanie zrozumiałej zazdrości w stosunku do kolegów, którzy weszli na górę. Kulminacją tych mieszanych uczuć jest moment, w którym do głosu dochodzi świadomość, że im się udało i pozostaje się tylko z tego cieszyć. Ich sukces, nasz wspólny sukces, na który wszyscy zapracowali i z którego wszyscy mogą być dumni...
* na szczycie Kangczendzongi Południowej 8 490 m n.p.m. Eugeniusz Chrobak i Wojciech Wróż stanęli 19 maja 1978 roku o godz. 14.15 [o wyprawie i zdobyciu szczytu Wojciech Wróż pisze w swojej książce ŚWIĘTA GÓRA SIKKIMU]
Piotr Młotecki
DWIE KANGCZENDZONGI
sobota, 14 listopada 2015
DWIE KANGCZENDZONGI (1) - "Bóg jest jak gdyby diamentem o niezliczonych ściankach."
at
13:00
Posted by
rikardo
Labels:
CYTATY z...,
DWIE KANGCZENDZONGI,
GÓRY,
HIMALAJE,
PODRÓŻE W MIEJSCU
Szymon Wdowiak - Z KAMERĄ PO TERAIU
"Gigantycznie rozbudowany panteon hinduistycznych bogów to różne aspekty tej samej Najwyższej Boskiej Istoty. Bóg jest jak gdyby diamentem o niezliczonych ściankach. Trzy ścianki bardzo wielkie to Brahma, Wisznu, i Sziwa, pozostałe ścianki to pomniejsi bogowie."
Takie wyobrażenie o Bogu mają Nepalczycy (ponad 80% z nich to hinduiści). Bardzo wyraźnie da się tu zauważyć pewną zbieżność z dogmatem o Trójcy Świętej i bardzo rozpowszechnionymi w różnych religiach i mitach triadami bóstw.
"Bóg jest jak gdyby diamentem o niezliczonych ściankach" - zdanie to oddaje prawdę o tym, że chociaż dzięki natchnionemu Słowu Bożemu, Biblii, Boga można poznać i się do Niego zbliżyć, niemożliwe jest poznanie do końca Jego istoty i głębi. Stwierdzenie to uświadamia też, że wobec nieskończoności Stwórcy winniśmy okazać należyty szacunek.
Wojciech Brański - KARAWANA DO YAMPHODIN
Wojciech Brański - KARAWANA DO YAMPHODIN
"Dalsza nasza trasa prowadzi grzbietem pasma górskiego jednej z licznych odnóg, tworzących skomplikowany system Małych Himalajów. Ocalały tu jeszcze pozostałości rododendronowych lasów, które niedługo zaczną kwitnąć. (...) Las ten, nawet bez kwiatów różaneczników, wygląda jak z bajki. Jakiś czar czy przekleństwo poskręcało te pnie i konary w kształty najdziwniejsze i kazało pokryć je gęstym kożuchem mchów i porostów, przypominających długie niby-brody i niby-firanki. Oplatające drzewa liany gdzieniegdzie zwisają swobodnie, jakby rozerwane zostały w nieludzkich zmaganiach... Z mchów wyrastają paprocie, a gdzieniegdzie mrok gąszczu rozświetla jasnoróżowy kwiat storczyka, to znów żółcą się i odurzają zapachem gałązki obwieszone delikatnymi dzwoneczkami..."
"Kiedy wyłuskałem się z ciepła śpiwora i bosymi nogami stanąłem na oszronionej trawie, przed moimi oczami roztoczył się niezwykły obraz. Nad głęboką czernią uśpionych niżej dolin rozpoczynał się zapierający dech spektakl światła. Słońca jeszcze nie było widać, lecz wysoko, wysoko w górze jego promienie przed naszymi zdumionymi oczami powołały do istnienia nierealne jakieś zjawy, jakby nie wyrastające z ziemi, ale zawieszone na firmamencie góry. Początkowo były różowe, ale z każdą chwilą barwy zmieniały się przechodząc w oślepiającą biel. Palce nie nadążały w naciąganiu migawek aparatów. Każda chwila inna i dwa kolejne ujęcia nie były już do siebie podobne. Jasność stawała się coraz większa, aż doliny nabrały kształtów, wynurzywszy się z morza mroku, a biel gór wtopiła w tężejący błękit nieba..."
"Czytamy nie tylko otrzymane gazety, ale także książki przyniesione przez niektórych kolegów. Wielką frajdą jest dla mnie zapalić sobie świeczkę albo lampkę czołową przed snem, kiedy już leżę w śpiworze i czytać na przykład Pawlikowskiego czy Agatę Christi. Chłopcy chętnie czytają Nowy Testament."
Piotr Młotecki
DWIE KANGCZENDZONGI
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















