OSTATNIO CZYTANE

NIEZAPOMNIANA LEKCJA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FILM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FILM. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 stycznia 2019

MARY POPPINS POWRACA

- powrót do lat dziecinnych dzięki magii kina




Dzień po dniu do kina. To zdarzyło się po raz pierwszy, ale pewnie nie ostatni...

Po seansie BOHEMIAN RHAPSODY, który można uznać za podróż do lat młodości, w czwartkowy poświąteczny wieczór odbyliśmy z żoną podróż jeszcze bardziej posuniętą w czasie. Wszystko za sprawą remak'u z legendarnego studia magii filmowej Disney'a. 

MARY POPPINS POWRACA po 55 latach od pierwszej ekranizacji (1964) z pomocą współczesnej techniki realizacyjnej. Narzędzia i możliwości techniczne, którymi dzisiaj dysponują twórcy filmów są oszałamiające. Nie znam pierwowzoru MARY POPPINS z 1964 roku - niemniej zwróciłem uwagę na to, jak udało się reżyserowi zastosować najnowsze zdobycze z arsenału współczesnego kina, żeby widz nie miał wrażenia, że przyszedł podziwiać efekty specjalne. Z tego tez powodu jestem ciekaw jak pół wieku temu czarodzieje z wytwórni Disney'a poradzili sobie z różnymi efektami, które dzisiaj nie wymagają aż tyle zachodu. A więc trzeba będzie też obejrzeć Mary "młodszą" o pół wieku...

Wybraliśmy się z żoną na musical MARY POPPINS POWRACA i jak w wypadku wszystkich naszych dotychczasowych wspólnych seansów kinowych, ten nie stanowił wyjątku. Mieliśmy nadzieję na muzyczną ucztę i nie zawiedliśmy się. I to nie tylko za sprawą samej muzyki Marca Shaimana. Film wyświetlany jest w polskiej wersji z dubbingiem. Nasi rodzimi aktorzy i wokaliści radzą sobie  rewelacyjnie i idealnie utożsamiają się z oryginałami, wręcz się z nimi stapiają do tego stopnia, że niemal zapominamy, iż oglądamy film zagraniczny. Z ogromną przyjemnością oglądaliśmy i słuchaliśmy ich prawdziwych artystycznych wyczynów.

Bajka wciąga każdego, kto bez względu na metrykę czuje się dzieckiem. Powiedzmy prawdę: wraz z wiekiem ta tęsknota do tego, by choć przez chwilę poczuć się dzieckiem nawet się pogłębia. Dlatego bez reszty daliśmy się oczarować akcji i zatopiliśmy się w wyobraźni dzięki wszechogarniającej sile muzyki. 

Po piosence ("Niebo jak sen") wykonanej przez Latarnika (Świetlika) na samym wstępie filmu wkraczamy w życie rodziny Banksów w chwili, gdy zaczynają się ich kłopoty z domem.

Niespodziewanie na ratunek bohaterom opowieści przylatuje z chmur niezawodna w tego typu sytuacjach niania Mary Poppins (Emily Blunt).

Oglądając tę scenę nie mieliśmy wątpliwości, że Mary Poppins spłynęła do rodziny Banksów z nieba z pomocą parasolki i na wezwanie do interwencji przez latawiec znaleziony na strychu domu...



"Najpierw będziemy się musieli uporać z tym brudem!"

Przybycie Mary Poppins sprawia, że do życia Banksów wkracza baśń. 

Przy tej okazji chciałbym przypomnieć czym dla mnie jest i na zawsze pozostanie baśń. 

To cudowna rzeczywistość, w której brak wyraźnej granicy między światem realnym a fantazją. Bohaterowie swobodnie przekraczają te niewidzialne, w gruncie rzeczy istniejące (ale czy na pewno?), granice. Ten fantastyczny świat baśni zamieszkują różne istoty, często tak różne od tych, do których przywykliśmy, ale bardzo podobnych do nas pod jednym względem.
W świecie fantazji - tak jak w naszym - egzystują postacie dobre i złe. I może dlatego są nam tak bardzo bliskie. Jednak zasadnicza różnica pomiędzy tymi dwoma światami jest taka, że mieszkańcy stamtąd mają większe możliwości z racji dostępu do "magicznych" mocy. Świat baśni bywa też zwykle mniej skomplikowany niż nasz, co być może wynika z żelaznego schematu rozgrywających się w nim zdarzeń: walki dobra ze złem - zawsze na korzyść tego pierwszego. 

Co nas (a przede wszystkim dzieci - czyli prawie wszystkich) pociąga w baśni? 
*Przekonanie, że jakieś nadprzyrodzone siły wciąż mają na nas wpływ. 
*Wszystko w przyrodzie żyje i ma uczucia (a więc przyrodę należy szanować). 
*W świecie baśni obowiązują, choć nie zawsze pisane, normy moralne i prawa,  
  których należy przestrzegać (w przeciwieństwie do realu, w którym przyszło 
  nam żyć). 
*Bohaterowie idealni są przeciwstawieni czarnym charakterom.

Przybycie Mary Poppins do Banksów oznacza nowe porządki i niesamowite przygody. 


Pierwszą z nich jest kąpiel w wannie specjalnie przygotowanej do tego celu  przez nianię śpiewającą na zachętę uroczą piosenkę "Czy ktoś uwierzy w to?". Dzieciaki, nie bez oporów, wskakują w końcu do spienionej wody i wtedy się zaczyna przygoda, której nie zapomną nigdy... Rodzice, uwaga! Jeśli wasze dzieci nie przepadają za kontaktem z wodą i mydłem, szamponem, żelem lub czymś w tym rodzaju, to po obejrzeniu tej sceny mogą zażądać: Mamusiu, zrób mi też taką kąpiel!


                                                    
"Jeszcze nie teraz!"

Kolejną baśniową przygodą jest wyprawa do świata przedstawionego na wazie, pamiątce po zmarłej mamie. W tym fragmencie filmu można rzeczywiście się zastanowić czy i gdzie przebiegają granice pomiędzy rzeczywistością a światem fantazji. Ktoś mógłby wręcz zapytać, który ze światów jest prawdziwy lub może oba są tak samo rzeczywiste? A może oba są dla siebie jednocześnie realne i fantastyczne?


"No to kręcimy... i jazda!"

"Ale super!"


W świecie przedstawionym na wazie John, Georgie i Annabell przeżywają chwile radości na występie Mary Poppins i Latarnika ("Okładka może cie zwieść") w kabarecie Royal Daulton Music Hall. W piosence "Okładka może cię zwieść" absolutnie wbija w fotel wstawka raperska (przypominam, że to jest musical w stylu broadwayowskim!) w rewelacyjnym wykonaniu Wojtka Brzezińskiego.

                                                      
Po powrocie do "realu" dzieci  wraz z nianią udają się do Topsy (Meryl Streep), która potrafi naprawić dosłownie wszystko. Ale pojawia się pewien problem... Jak sobie poradzi z przeszkodą, która wydaje się być nie do pokonania?


Moją uwagę zwróciła także "scena rowerowa". 


Wcześniej jednak spodobał mi się patent z drabiną jako platformą transportową (na zdjęciu poniżej). Pomyślałem, że podjąłbym się takiej próby jedynie pomocą baloników od starszej pani w parku (jedna z ostatnich scen filmu).


Myślę, że i tak już zdradziłem za dużo szczegółów fabuły. Tak więc zapraszam do kina na sporą porcję dobrej zabawy, wzruszeń, pięknej muzyki, dziecięcej beztroski i dojrzałości zarazem, która przydałaby się niejednemu dorosłemu...
Warto przenieść się do innego wymiaru i doświadczyć przeżyć, których tak bardzo brakuje nam wszystkim na co dzień...

wtorek, 1 stycznia 2019

BOHEMIAN RHAPSODY

- dramat artysty i (głównie) człowieka





Dwa miesiące po światowej premierze filmu późnym wieczorem w świąteczną środę wybraliśmy się z moją żoną na seans do Multikina w rumskiej Galerii. Kino w ten wieczór było jedynym miejscem, w którym przebywali (stosunkowo nieliczni) amatorzy X muzy (nawet toalety poza kinem były nieczynne).

Do kina chodzimy zazwyczaj na filmy muzyczne, dlatego z ciekawością oczekiwaliśmy na projekcję zaliczając obowiązkowe przed zasadniczym seansem reklamy i zwiastuny innych filmów. Celowo nie czytałem ani nie słuchałem wcześniej recenzji, żeby móc wyrobić sobie własne zdanie na temat przez wielu już obejrzanej i szeroko komentowanej w mediach biografii Queen. I tutaj od razu moje sprostowanie. Po obejrzeniu filmu z przekonaniem mogę stwierdzić, że nie jest to biografia (przynajmniej w moim odczuciu). Jest to raczej film o Freddim Mercury i zespole Queen, którego był on niezaprzeczalnym liderem przez większość okresu istnienia grupy. Film niewątpliwie o charakterze biograficznym. Jednak opowiada głównie o dramacie człowieka, który z różnych powodów w różnych momentach życia czuł się zagubiony, samotny (chociaż paradoksalnie otaczany przez tłumy i uwielbiany przez jeszcze większe tłumy na widowni stadionów). Film o człowieku sukcesu, jakim był Freddie w okresie największej popularności i sprzedawanych w milionach płyt ale też o człowieku nieszczęśliwym i wyobcowanym z powodu swojego stylu życia, zwyczajów i stosunku do otoczenia, producentów muzycznych i krytyków. Freddie zaryzykował w swoim czasie konflikt ze wszystkimi przekonany o słuszności swoich pomysłów muzycznych i artystycznych. Nie wahał się rzucić na szalę wszystkiego, co miał, żeby przeprowadzić swoistą "rewolucję" na rynku muzycznym, jaką był album "A Night at the Opera".


Rami Malek (filmowy Freddie Mercury), zrobił wszystko, żeby utożsamić się z legendą. Ocenę jego gry czy innych aktorów, zwłaszcza odtwórców członków grupy Queen, pozostawiam znawcom. Największe podobieństwo do "oryginału"  prezentują odtwórca Briana Maya, Gwilym Lee i Joseph Mazzello jako basista, John Deacon.

Niewątpliwym plusem tej produkcji jest użycie oryginalnej ścieżki dźwiękowej prezentowanych w filmie utworów "Queen". Dzięki temu widz, znający te hity odsłuchiwane już po tysiąckroć, ma niewątpliwy luksus obcowania z muzyką zespołu niemal "na żywo" i delektowania się dźwiękami, których nie dałoby się zastąpić najlepszym nawet coverem.

 zespół Queen

filmowi członkowie zespołu 

Film można polecić każdemu miłośnikowi grupy Queen, każdemu, kto lubi filmy muzyczne i każdemu, kto potrafi z dystansem odnieść się do czasem bardzo kontrowersyjnych treści, które występują także w BOHEMIAN RHAPSODY. Realizatorom, w mojej opinii, udało się dość wiernie oddać sylwetkę Freddiego Mercury i dramat jego życia osobistego, nie dokonując oceny artysty. W filmie główną rolę (przynajmniej dla mnie) odgrywa muzyka. Ale można także przeżyć chwile wzruszenia, współczucia, głębszych refleksji. Nie brak też momentów komicznych. Słowem, każdy znajdzie dla siebie coś, co może uznać za wartość samą w sobie.


Na koniec jeszcze słów kilka o relacji między Freddim a jego ukochaną partnerką i przyjaciółką, Mary Austin. Chociaż z zasady jestem przeciwny tzw. związkom nieformalnym, muszę przyznać, że ten wątek ma w BOHEMIAN RHAPSODY swoje ważne miejsce. Właściwie obserwując ewolucję tego osobliwego związku od momentu ich wzajemnego poznania do niemal ostatnich chwil życia Freddiego, możemy lepiej wniknąć i zrozumieć ból samotności i wewnętrznego rozdarcia. Główny bohater przeżywa najtrudniejsze chwile w momencie uświadomienia sobie dwoistości swojej natury (biseksualizm). Właściwie ten dylemat towarzyszy mu cały czas i jest przyczyną wielu problemów. Wybory, jakich dokonuje prowadzą w konsekwencji do jeszcze większego pogmatwania i tak już złożonej osobowości artysty.


Kulminacją obrazu jest oczywiście transmitowany ze stadionu Wembley dla milionów odbiorców koncert Live Aid for Africa, którego porywająca atmosfera, głównie za sprawą Freddiego Mercury i Queen, wywołuje do dziś ciarki na plecach lub/i chwile wzruszeń. Chory już wówczas Freddie zdołał wykrzesać z siebie tyle energii, że rozpalił niemal do czerwoności obecnych na stadionie fanów i z pomocą Kind of Magic, żeby posłużyć się tytułem jednego z przebojów sławnej czwórki, wręcz oczarował publiczność sztuką, której był bez reszty oddany...


Swoim zwyczajem pozostaliśmy z żoną na miejscach aż do ostatniego dźwięku i ostatniej literki napisów końcowych słuchając nieśmiertelnego SHOW MUST GO ON, po czym - już po północy - opuściliśmy salę projekcyjną oddając ją we władanie ekipy sprzątającej kina... 


niedziela, 5 lutego 2017

LA LA LAND - MOZAIKA ŚRODKÓW WYRAZU



Korek na autostradzie. Zmora kierowców. 
Godziny bezczynnego czekania na nie wiadomo co. Puszczają nerwy. 
Bezsilność w bezruchu. 
Beznadziejna monotonia w niekończącym się łańcuchu aut... 
Dla zabicia czasu każdy stara się czymś zająć. 
Radio. Telefon. Jakieś papiery, które i tak trzeba przejrzeć...

I oto z kabiny jednego z aut słychać śpiew, piękny, delikatny kobiecy głos... Dziewczyna wysiada z auta i zaczyna tańczyć...

Otwierają się drzwi sąsiednich aut. Dołączają inni. Ze śpiewem, tańcem, radością, eksplozją pozytywnej emocji... (porywająca piosenka Another day of sun)

Tak mniej więcej wygląda początek filmu LA LA LAND.


Wreszcie coś drgnęło. Auta ruszają. 

Mia (Emma Stone), zajęta przeglądaniem papierów z tekstem na przesłuchanie w castingu, przeoczyła ten fakt i stoi dalej jak gdyby nigdy nic. Sebastian (Ryan Gosling), w samochodzie tuż za nią irytuje się. Całkiem zrozumiałe. Trąbi zniecierpliwiony. Omija ją od strony kabiny kierowcy korzystając ze zwolnionego obok pasa. Reakcji dziewczyny nie można uznać za grzeczną. 
W tym momencie poznajemy środowisko, z którego wywodzi się Mia i jej ogólną sytuację życiową. Po paru chwilach wracamy na autostradę i zza kierownicy kabrioleta Seba oglądamy tę samą sytuację z jego perspektywy. Gest Mii bynajmniej nie mógł mu się spodobać. Nie będziemy wnikać, co sobie o niej pomyślał... 
Teraz czas na krótki wgląd w jego dotychczasowe życie osobiste.

I tak oto w pierwszych kilku minutach w osobnych sekwencjach poznajemy dwoje głównych bohaterów.  

Nie będziemy jednak streszczać fabuły filmu. Z pewnością warto go obejrzeć i to bynajmniej nie dlatego, że zwyciężył aż w sześciu kategoriach oskarowych. 

Jest to więc film dla miłośników musicalu i jazzu, który w tym filmie brzmi wyśmienicie.

Oglądając scenę "na ławce" (tak ją nazwałem) i to, co się dzieje, gdy oboje bohaterów z niej wstaje, miałem nieodparte skojarzenie z Fredem Astairem i Ginger Rodgers...




Bardzo przypadła mi do gustu scena na molo (City of stars - Ryan Gosling). Myślę, że też się wam spodoba. 
I chyba z tego samego powodu...



Jest także krótki epizod, który przywodzi na pamięć "Deszczową piosenkę" i Gene'a Kelly...



Nasi bohaterowie zawitali do Planetarium. Dlaczego właśnie tam? 
Wybierzcie się do kina...
Oglądamy ich tam w romantycznym tańcu na tle aksamitu rozgwieżdżonego nieba. 
Jakieś skojarzenia? Pewnie tak.



Cały film podzielony jest na cztery pory roku, od zimy począwszy. 
Chociaż "podzielony" nie jest tu najszczęśliwszym określeniem. Należałoby raczej powiedzieć, że akcja filmu rozgrywa się w umownych czterech porach roku, płynnie przechodząc z jednej do drugiej...

Lal La Land to produkcja zrobiona z wielkim rozmachem a jednocześnie dająca poczucie pewnej subtelnej, zwiewnej i romantycznej tkaniny spowijającej losy Mii i Seba.

Na koniec jeszcze praktyczna rada. Jeśli chcecie od początku do końca oglądać film bez efektów specjalnych (czytaj: chrupanie popcornu), to wybierzcie seans z niewielką ilością widzów i o późniejszej porze (może tak jak wy liczą na odrobinę szczęścia i niezakłócony odbiór).

A swoją drogą zastanawia mnie, że czas na reklamy (jakieś pół godziny) okazał się niewystarczający na skonsumowanie zakupionych wcześniej nieodłącznych "rarytasów" kinowych i jeszcze przynajmniej przez kilkanaście pierwszych minut projekcji filmu właściwego słychać było denerwujące chrupanie...

P.S.

Na każdym seansie w kinie pod koniec projekcji na ekranie przewija się całe mnóstwo nazwisk aktorów głównych, pierwszo- i drugoplanowych, całej ekipy biorącej udział w powstawaniu filmu, tytuły utworów, które mogliśmy usłyszeć podczas projekcji (i słyszymy nadal, aż do "wygaśnięcia" ekranu a czasem i chwilę dłużej). To czas, kiedy oboje z żoną siedzimy wypatrując w potoku nazwisk tych brzmiących "z polska", zwykle zakończonych na "-ski". Zawsze się takowe znajdą... Salę kinową opuszczamy jako ostatni...


Emma Stone (Mia) i Ryan Gosling (Sebastian)


sobota, 21 maja 2016

WSZYSTKO GRA - muzyka i refleksja





WSZYSTKO GRA - zwiastun


Postanowiliśmy obejrzeć tę superprodukcję współczesnego polskiego kina musicalowego wspólnie z moją żoną. Zarezerwowaliśmy więc sobotni wieczór i przespacerowaliśmy się do Multikina w Galerii Rumia.

Jak się można było spodziewać, tłumów na seansie nie było, co raczej nie dziwi, bo takowe ciągną na bardziej spektakularne dzieła lub produkcje obliczone na bardziej masową widownię, a więc ze sporą dozą przemocy, wulgaryzmów... Potwierdzeniem tego osobistego spostrzeżenia był fakt, że z i tak nielicznej widowni kilka osób wyszło w trakcie wyświetlania filmu, dając wyraz swojego 'zainteresowania'...

My natomiast z przyjemnością obejrzeliśmy cały film. Zwiastun zapowiadał szeroką gamę znanych polskich przebojów w nowoczesnym, nierzadko dość szokującym, opracowaniu i wykonaniu.

Kinga Preiss i Sebastian Fabijański

Nasze oczekiwania związane z tym filmem zostały w pełni zaspokojone za sprawą zarówno gry aktorów, jak ich popisów wokalnych, tanecznych i ciekawie skonstruowanej akcji. Wszystko to pobudzało do zastanowienia nad poszukiwaniem szczęścia, miłości i radości życia. Zwłaszcza niektóre utwory w szczególny sposób nastrajały do refleksji na temat, co tak naprawdę liczy się w życiu... Osobiście wyróżniłbym "Małe tęsknoty" z repertuaru Krystyny Prońko i "Jej portret" Bogusława Meca.

Chociaż nie brakowało w tym filmie zabawnych dialogów i pikantnych wypowiedzi poszczególnych bohaterów, całość jest utrzymana w konwencji dość poważnej.

Karolina Czarnecka, Eliza Rycembel, Irena Melcer

Osobne słowa uznania kieruję pod adresem tercetu: Eliza Rycembel (Zosia), Karolina Czarnecka i Irena Melcer. Stworzyły naprawdę zgrany zespół aktorsko-wokalno-taneczny. Z dużą przyjemnością się je oglądało. Wyjątkowe kreacje zaprezentowały znane z wielu filmów polskich Stanisława Celińska (babcia) i absolutnie fenomenalna Kinga Preiss.




W filmie ciekawie zostały wplecione sekwencje animowane, świetnie harmonizujące z pasją Zosi, której oddawała się w konspiracji przed policją i pod osłoną nocy...

Dość zaskakujące jest też samo zakończenie akcji...

A potem już tylko napisy końcowe i muzyka im towarzysząca. 

Oczywiście zostaliśmy z żoną jako jedyni w sali kinowej aż do ostatniego taktu i ostatniej linijki napisów. Obsługa sprzątająca z szacunkiem pozwoliła nam na tę ekstrawagancję... Wychodząc z sali nie omieszkaliśmy młodemu panu uprzejmie podziękować za wyrozumiałość.

Reasumując gorąco zachęcamy do obejrzenia filmu wszystkich widzów z tzw. 'średniego pokolenia', jak również młodych widzów. Tych pierwszych, jeśli chcą sobie przypomnieć znane z młodości polskie przeboje w mocno 'odświeżonych' wersjach. Drugich zaś, żeby spróbowali po obejrzeniu filmu 'odgrzebać' oryginalne wykonania zaprezentowanych w nim utworów i porównać albo może przede wszystkich zapoznać się z nimi (np. Wszystko czego dziś chcę, Ale wkoło jest wesoło, Małe tęsknoty, Jej portret, Do łezki łezka).


warto też obejrzeć: Jak powstawał film

P.S. jeśli chcecie iść na film, to idźcie. Nie sugerujcie się wypowiedziami krytyków, bo oni po to są, by krytykować i oceniać po swojemu. A przecież każdy z nas może sam ocenić czy mu się film spodobał...

poniedziałek, 28 marca 2016

127 godzin walki o przeżycie

- odliczanie z nadzieją na ocalenie



NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ!

Taka dewiza przyszła mi na myśl po obejrzeniu filmu "127 godzin".

Najpierw zajrzałem do sieci, żeby mieć wgląd w to, co może mnie czekać. 

Trailer zapowiadał emocje nie lada. Ale to, spotkało bohatera tej historii, Arona Ralstona (w filmie James Franco), przeszło moje najśmielsze oczekiwania. 

Nie będę tu streszczał książki "Between a Rock and a Hard Place" ani zdradzał szczegółów fabuły filmu. Czasami warto wiedzieć jak najmniej o książce, którą chcemy przeczytać lub o filmie, który zamierzamy obejrzeć. 


"127 godzin" trzyma w napięciu od początku do końca. Nie ma w nim nic przewidywalnego. Pewne jest tylko to, że za chwilę zobaczymy coś, czego nigdy byśmy się nie spodziewali. 

Film jest też rodzajem studium ludzkiej psychiki, opowieścią o nieodpartej woli życia oraz dowodem na to, że w ekstremalnych sytuacjach umiemy wyzwolić w sobie nadzwyczajne możliwości, jesteśmy zdolni przekroczyć granice niemożliwości... Jest też przestrogą dla tych, którzy chcieliby zlekceważyć nie dające się przewidzieć okoliczności i zapominają, że najbliżsi powinni i mają pełne prawo wiedzieć, gdzie się znajdujemy. Aron miał szczęście i udało mu się przeżyć. Jednak swoją lekkomyślność i zbytnią pewność siebie omal nie przypłacił życiem...

To mogło być ostatnie selfie w życiu Arona...

Nie był nowicjuszem 
i był dość dobrze przygotowany...

ale około godziny później 
jego sytuacja dramatycznie się zmieniła.

Zwykle nie oglądam filmów, w których mógłbym się spodziewać drastycznych scen. Wiedziałem, że tutaj emocji z pewnością nie zabraknie.

Jednak około 20 minut przed końcem filmu sytuacja dość gwałtownie zaczęła się "zagęszczać"... Po chwili doszło do tego, że przez około dwie minuty z zakłopotaniem uciekałem od ekranu, odwracając raz po raz wzrok od tego, co się na nim działo...

Odetchnąłem z ulgą prawie w tym samym momencie, co bohater, któremu udało się uwolnić z pułapki... 
Będąc u kresu wyczerpania musiał pokonać jeszcze jedną sporą przeszkodę a potem liczyć już tylko na szczęście, cud... 

Aron Ralston opisał swoją dramatyczną przygodę i nadal realizuje swoje życiowe pasje. 

Jednak nauczył się czegoś bardzo ważnego: 

ZAWSZE STARAJ SIĘ BYĆ W KONTAKCIE 
Z NAJBLIŻSZYMI, 
BO KIEDYŚ MOŻE CI TO URATOWAĆ ŻYCIE.


niedziela, 24 stycznia 2016

EXCENTRYCY czyli po słonecznej stronie ulicy

"na świeżo" po seansie



EXCENTRYCY to film dla tych wszystkich, którzy lubią muzykę w stylu Glenna Millera, swing, big-bandowe brzmienie słynnych orkiestr tego gatunku z ubiegłego wieku, których bawią cięte, czasem pikantne dialogi i humor. Jeśli do tego dodać świetnie dobraną obsadę ze znanymi nazwiskami aktorów starszego i młodszego pokolenia, to mamy wszystko, co potrzeba, żeby dobrze się bawić. Co więcej aktorzy grają i śpiewają tak, że słusznie mogą budzić podziw widowni kinowej.

Postanowiliśmy z moją kochaną żoną wybrać się dziś na wspólne kulturalne popołudnie z X muzą. Po zapoznaniu się ze zwiastunami filmu zdecydowaliśmy się obejrzeć EXCENTRYKÓW. 

Muszę przyznać, że najbardziej przyciągała nas muzyka, która - jak wynikało z zapowiedzi - miała stanowić bardzo istotny i czasowo znaczący element filmu. Muzyka w tym filmie gra osobną rolę, nie tylko ilustracyjną, ponieważ splata się nierozłącznie z losami głównych bohaterów ciekawie opowiedzianej historii. 

W filmie pojawiają się standardy takie, jak: I'm getting sentimental over you, On the sunny side of the street, Moonlight serenade, Take the A train, Satin doll, American patrol, In the mood, Chattanooga Choo Choo, St. James infirmary blues, I've got you under my skin (https://www.youtube.com/watch?v=RXRlalEJWNw). 


Maciej Stuhr (Fabian Apanowicz)

W filmie występują też znani muzycy tacy, jak Wojciech Karolak (na ekranie jako pianista w barze Hotelu Związkowego, odpowiedzialny za ścieżkę dźwiękową filmu), Big Collective Band Wiesława Pieregorólki i Wojtek Mazolewski Quintet.


Natalia Rybicka (Modesta Nowak)

Rzecz dzieje się na przełomie lat 1957 i 1958. To osobliwy szczegół wart podkreślenia. Czas akcji przypada bowiem na rok, który widnieje w naszej metryce urodzenia. Oglądamy więc fragment rzeczywistości, w której pojawiliśmy się na świecie. 


Sonia Bohosiewicz (Wanda)

Ze streszczeniem filmu bądź recenzjami czy opiniami widzów można się zapoznać w internecie. Ja zatem chciałbym jedynie zachęcić do obejrzenia filmu, który można by też nazwać: "EKSCENTRYCY czyli Modesta&Fabian unhappy love story". 
Dlatego poniżej cytuję, celowo pomijając kontekst, kilka zdań, które w filmie wypowiadają bohaterowie. 

"Na odległej wsi spłonęła dzwonnica, a dymu nie widać
(wyjdźmy na dach, to zobaczymy)."

"Jazz to nie sztuka. (...) Szycie ubrań to jest sztuka."

"Pani mówi wiele obraźliwych słów, tylko jakoś nie można się na panią obrazić."

"Pośpieszny czy osobowy? - Towarowy, ale ekspres, szanowna pani."

"Życzę panu, żeby nie stało się to, co może się stać a stało to, co nie może."

"Murzyn w śmiech a jazz band ryczy
 excentrycy excentrycy"

"Co tu gadać. Trzeba grać. Co innego nam pozostało?"

I jeszcze jedno. Kiedy kończy się film i na ekranie pojawiają się napisy, widownia zwykle wychodzi z sali. Tymczasem warto zostać do samego końca, aż wybrzmi ostatnia nuta wyśmienitej muzyki. Przy okazji można dowiedzieć się, kogo widzieliśmy i w jakich rolach, jakie usłyszeliśmy utwory i kto je wykonywał oraz parę innych szczegółów. 

Pozostaliśmy jako jedyni do ostatniej chwili...

P.S. Dwa miesiące po obejrzeniu seansu nadarzyła się okazja na odświeżenie wspomnienia o filmie dzięki płycie z nagraniem ścieżki dźwiękowej. 
Dostaliśmy ją od jednego z zaprzyjaźnionych czytelników mojego bloga (znanego nam osobiście, sympatycznego młodego człowieka), który wygrał ją w jakimś konkursie internetowym oprócz dwóch innych nagród i postanowił nam sprezentować. 
Niniejszym dziękujemy za pamięć i miłą niespodziankę.