OSTATNIO CZYTANE

NIEZAPOMNIANA LEKCJA

poniedziałek, 6 października 2014

KOŚCIELISKO 2014 (4) - SPŁYW PRZEŁOMEM DUNAJCA


Zobaczyć taki obrazek z Tatrami w oddali podczas spływu Dunajcem, to jest coś...

To był mój trzeci spływ w życiu. Każdy był inny. 
Pierwszy - po raz pierwszy - z młodszym synem. Drugi - w zeszłym roku - ze starszym. W obu przypadkach pogoda dopisała. 

Ale w tym roku była wyjątkowa widoczność i dzięki temu zobaczyłem Tatry będąc na tratwie w Pieninach. Wierzcie mi, to robi wrażenie. Co prawda miałem nadzieję po raz pierwszy zobaczyć przełom Dunajca w barwach jesieni, ale niestety w tym roku o tej porze liście jeszcze nie zdążyły zmienić swojej barwy na bardziej wyszukane kolory. Powód dość prozaiczny. Wyjątkowo wilgotne i deszczowe lato (zwłaszcza w górach) sprawiło, że naturalne o tej porze brązowienie, żółknienie, czerwienienie opóźniło się - kto wie? - pewnie o jakieś dwa tygodnie. A gdyby wcześniej pojawiły się przymrozki, to - jak powiedział flisak - "trza bedzie pocekać do psysłego roku..."

Co mi tam. Ja i tak już swój limit na ten rok wyczerpałem i nie grozi mi trzeci powrót w góry. 
A za rok? Sie zobacy...

Tymczasem przyjechaliśmy na miejsce startu polskiego spływu Dunajcem: Sromowce Niżne około 10-ej. Po skompletowaniu składu (min. 10, maks. 12 osób) wyruszyliśmy mniej więcej o 10-ej. 


Jak się okazało, tego dnia była to najlepsza pora na wyprawę. Około południa najcieplej i najwięcej słońca podczas całej trasy, chociaż na nielicznych, ocienionych fragmentach czuliśmy chłód iście jesienny. Za to widoki niepowtarzalne.


O tej porze roku nie można też spotkać czarnego bociana, niewątpliwej atrakcji Pienin, ale za to dość często widywaliśmy czaple, które przyglądały się nam z nie mniejszą ciekawością, jak my im.



I chociaż cała nasza trójka była wielce rada z atrakcji tego dnia, ja osobiście mam zamiar jeszcze kiedyś zobaczyć spływ Dunajcem w scenerii prawdziwie jesiennej...

Na koniec jeszcze słów kilka o flisakach, bez których spływ jest po prostu niemożliwy i to nie tylko z powodu ich mięśni dzierżących długie kije do sterowania tratwami. Zawsze podziwiam ich znajomość nurtu rzeki, głębszych i płytszych miejsc (od tego wszak zależy także bezpieczeństwo żeglugi wycieczek), a także w nie mniejszym stopniu talent do "bajania". Zadziwia mnie mnóstwo historyjek, dowcipów, legend i prawdziwych historii, jakie podczas każdego takiego rejsu mogłem usłyszeć. Następnym razem włączę dyktafon, żeby móc sobie potem więcej ich przypomnieć...

"Wiecie, raz se posła wyciecka z psewodnikiem na Sokolicę i psewodnik spod" - słuchaliśmy z trwogą naszego przewodnika rejsu. Byłem na Sokolicy trzy razy, więc potrafię sobie wyobrazić tę wysokość i jak przykry, a nawet tragiczny musiał to być upadek... "Ale nie martwcie sie. Wyciecka se bespiecnie wróciła i kupili se w kiosku nowy psewodnik!" - dokończył nasz flisak. Nie muszę chyba pisać, jaka była nasza reakcja...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój komentarz ukaże się po sprawdzeniu przez administratora.
Bardzo proszę o poprawne gramatycznie i ortograficznie wypowiedzi.
Dziękuję za wyrażenie opinii.