OSTATNIO CZYTANE

środa, 2 stycznia 2019

MARY POPPINS POWRACA

- powrót do lat dziecinnych dzięki magii kina




Dzień po dniu do kina. To zdarzyło się po raz pierwszy, ale pewnie nie ostatni...

Po seansie BOHEMIAN RHAPSODY, który można uznać za podróż do lat młodości, w czwartkowy poświąteczny wieczór odbyliśmy z żoną podróż jeszcze bardziej posuniętą w czasie. Wszystko za sprawą remak'u z legendarnego studia magii filmowej Disney'a. 

MARY POPPINS POWRACA po 55 latach od pierwszej ekranizacji (1964) z pomocą współczesnej techniki realizacyjnej. Narzędzia i możliwości techniczne, którymi dzisiaj dysponują twórcy filmów są oszałamiające. Nie znam pierwowzoru MARY POPPINS z 1964 roku - niemniej zwróciłem uwagę na to, jak udało się reżyserowi zastosować najnowsze zdobycze z arsenału współczesnego kina, żeby widz nie miał wrażenia, że przyszedł podziwiać efekty specjalne. Z tego tez powodu jestem ciekaw jak pół wieku temu czarodzieje z wytwórni Disney'a poradzili sobie z różnymi efektami, które dzisiaj nie wymagają aż tyle zachodu. A więc trzeba będzie też obejrzeć Mary "młodszą" o pół wieku...

Wybraliśmy się z żoną na musical MARY POPPINS POWRACA i jak w wypadku wszystkich naszych dotychczasowych wspólnych seansów kinowych, ten nie stanowił wyjątku. Mieliśmy nadzieję na muzyczną ucztę i nie zawiedliśmy się. I to nie tylko za sprawą samej muzyki Marca Shaimana. Film wyświetlany jest w polskiej wersji z dubbingiem. Nasi rodzimi aktorzy i wokaliści radzą sobie  rewelacyjnie i idealnie utożsamiają się z oryginałami, wręcz się z nimi stapiają do tego stopnia, że niemal zapominamy, iż oglądamy film zagraniczny. Z ogromną przyjemnością oglądaliśmy i słuchaliśmy ich prawdziwych artystycznych wyczynów.

Bajka wciąga każdego, kto bez względu na metrykę czuje się dzieckiem. Powiedzmy prawdę: wraz z wiekiem ta tęsknota do tego, by choć przez chwilę poczuć się dzieckiem nawet się pogłębia. Dlatego bez reszty daliśmy się oczarować akcji i zatopiliśmy się w wyobraźni dzięki wszechogarniającej sile muzyki. 

Po piosence ("Niebo jak sen") wykonanej przez Latarnika (Świetlika) na samym wstępie filmu wkraczamy w życie rodziny Banksów w chwili, gdy zaczynają się ich kłopoty z domem.

Niespodziewanie na ratunek bohaterom opowieści przylatuje z chmur niezawodna w tego typu sytuacjach niania Mary Poppins (Emily Blunt).

Oglądając tę scenę nie mieliśmy wątpliwości, że Mary Poppins spłynęła do rodziny Banksów z nieba z pomocą parasolki i na wezwanie do interwencji przez latawiec znaleziony na strychu domu...



"Najpierw będziemy się musieli uporać z tym brudem!"

Przybycie Mary Poppins sprawia, że do życia Banksów wkracza baśń. 

Przy tej okazji chciałbym przypomnieć czym dla mnie jest i na zawsze pozostanie baśń. 

To cudowna rzeczywistość, w której brak wyraźnej granicy między światem realnym a fantazją. Bohaterowie swobodnie przekraczają te niewidzialne, w gruncie rzeczy istniejące (ale czy na pewno?), granice. Ten fantastyczny świat baśni zamieszkują różne istoty, często tak różne od tych, do których przywykliśmy, ale bardzo podobnych do nas pod jednym względem.
W świecie fantazji - tak jak w naszym - egzystują postacie dobre i złe. I może dlatego są nam tak bardzo bliskie. Jednak zasadnicza różnica pomiędzy tymi dwoma światami jest taka, że mieszkańcy stamtąd mają większe możliwości z racji dostępu do "magicznych" mocy. Świat baśni bywa też zwykle mniej skomplikowany niż nasz, co być może wynika z żelaznego schematu rozgrywających się w nim zdarzeń: walki dobra ze złem - zawsze na korzyść tego pierwszego. 

Co nas (a przede wszystkim dzieci - czyli prawie wszystkich) pociąga w baśni? 
*Przekonanie, że jakieś nadprzyrodzone siły wciąż mają na nas wpływ. 
*Wszystko w przyrodzie żyje i ma uczucia (a więc przyrodę należy szanować). 
*W świecie baśni obowiązują, choć nie zawsze pisane, normy moralne i prawa,  
  których należy przestrzegać (w przeciwieństwie do realu, w którym przyszło 
  nam żyć). 
*Bohaterowie idealni są przeciwstawieni czarnym charakterom.

Przybycie Mary Poppins do Banksów oznacza nowe porządki i niesamowite przygody. 


Pierwszą z nich jest kąpiel w wannie specjalnie przygotowanej do tego celu  przez nianię śpiewającą na zachętę uroczą piosenkę "Czy ktoś uwierzy w to?". Dzieciaki, nie bez oporów, wskakują w końcu do spienionej wody i wtedy się zaczyna przygoda, której nie zapomną nigdy... Rodzice, uwaga! Jeśli wasze dzieci nie przepadają za kontaktem z wodą i mydłem, szamponem, żelem lub czymś w tym rodzaju, to po obejrzeniu tej sceny mogą zażądać: Mamusiu, zrób mi też taką kąpiel!


                                                    
"Jeszcze nie teraz!"

Kolejną baśniową przygodą jest wyprawa do świata przedstawionego na wazie, pamiątce po zmarłej mamie. W tym fragmencie filmu można rzeczywiście się zastanowić czy i gdzie przebiegają granice pomiędzy rzeczywistością a światem fantazji. Ktoś mógłby wręcz zapytać, który ze światów jest prawdziwy lub może oba są tak samo rzeczywiste? A może oba są dla siebie jednocześnie realne i fantastyczne?


"No to kręcimy... i jazda!"

"Ale super!"


W świecie przedstawionym na wazie John, Georgie i Annabell przeżywają chwile radości na występie Mary Poppins i Latarnika ("Okładka może cie zwieść") w kabarecie Royal Daulton Music Hall. W piosence "Okładka może cię zwieść" absolutnie wbija w fotel wstawka raperska (przypominam, że to jest musical w stylu broadwayowskim!) w rewelacyjnym wykonaniu Wojtka Brzezińskiego.

                                                      
Po powrocie do "realu" dzieci  wraz z nianią udają się do Topsy (Meryl Streep), która potrafi naprawić dosłownie wszystko. Ale pojawia się pewien problem... Jak sobie poradzi z przeszkodą, która wydaje się być nie do pokonania?


Moją uwagę zwróciła także "scena rowerowa". 


Wcześniej jednak spodobał mi się patent z drabiną jako platformą transportową (na zdjęciu poniżej). Pomyślałem, że podjąłbym się takiej próby jedynie pomocą baloników od starszej pani w parku (jedna z ostatnich scen filmu).


Myślę, że i tak już zdradziłem za dużo szczegółów fabuły. Tak więc zapraszam do kina na sporą porcję dobrej zabawy, wzruszeń, pięknej muzyki, dziecięcej beztroski i dojrzałości zarazem, która przydałaby się niejednemu dorosłemu...
Warto przenieść się do innego wymiaru i doświadczyć przeżyć, których tak bardzo brakuje nam wszystkim na co dzień...

wtorek, 1 stycznia 2019

BOHEMIAN RHAPSODY

- dramat artysty i (głównie) człowieka





Dwa miesiące po światowej premierze filmu późnym wieczorem w świąteczną środę wybraliśmy się z moją żoną na seans do Multikina w rumskiej Galerii. Kino w ten wieczór było jedynym miejscem, w którym przebywali (stosunkowo nieliczni) amatorzy X muzy (nawet toalety poza kinem były nieczynne).

Do kina chodzimy zazwyczaj na filmy muzyczne, dlatego z ciekawością oczekiwaliśmy na projekcję zaliczając obowiązkowe przed zasadniczym seansem reklamy i zwiastuny innych filmów. Celowo nie czytałem ani nie słuchałem wcześniej recenzji, żeby móc wyrobić sobie własne zdanie na temat przez wielu już obejrzanej i szeroko komentowanej w mediach biografii Queen. I tutaj od razu moje sprostowanie. Po obejrzeniu filmu z przekonaniem mogę stwierdzić, że nie jest to biografia (przynajmniej w moim odczuciu). Jest to raczej film o Freddim Mercury i zespole Queen, którego był on niezaprzeczalnym liderem przez większość okresu istnienia grupy. Film niewątpliwie o charakterze biograficznym. Jednak opowiada głównie o dramacie człowieka, który z różnych powodów w różnych momentach życia czuł się zagubiony, samotny (chociaż paradoksalnie otaczany przez tłumy i uwielbiany przez jeszcze większe tłumy na widowni stadionów). Film o człowieku sukcesu, jakim był Freddie w okresie największej popularności i sprzedawanych w milionach płyt ale też o człowieku nieszczęśliwym i wyobcowanym z powodu swojego stylu życia, zwyczajów i stosunku do otoczenia, producentów muzycznych i krytyków. Freddie zaryzykował w swoim czasie konflikt ze wszystkimi przekonany o słuszności swoich pomysłów muzycznych i artystycznych. Nie wahał się rzucić na szalę wszystkiego, co miał, żeby przeprowadzić swoistą "rewolucję" na rynku muzycznym, jaką był album "A Night at the Opera".


Rami Malek (filmowy Freddie Mercury), zrobił wszystko, żeby utożsamić się z legendą. Ocenę jego gry czy innych aktorów, zwłaszcza odtwórców członków grupy Queen, pozostawiam znawcom. Największe podobieństwo do "oryginału"  prezentują odtwórca Briana Maya, Gwilym Lee i Joseph Mazzello jako basista, John Deacon.

Niewątpliwym plusem tej produkcji jest użycie oryginalnej ścieżki dźwiękowej prezentowanych w filmie utworów "Queen". Dzięki temu widz, znający te hity odsłuchiwane już po tysiąckroć, ma niewątpliwy luksus obcowania z muzyką zespołu niemal "na żywo" i delektowania się dźwiękami, których nie dałoby się zastąpić najlepszym nawet coverem.

 zespół Queen

filmowi członkowie zespołu 

Film można polecić każdemu miłośnikowi grupy Queen, każdemu, kto lubi filmy muzyczne i każdemu, kto potrafi z dystansem odnieść się do czasem bardzo kontrowersyjnych treści, które występują także w BOHEMIAN RHAPSODY. Realizatorom, w mojej opinii, udało się dość wiernie oddać sylwetkę Freddiego Mercury i dramat jego życia osobistego, nie dokonując oceny artysty. W filmie główną rolę (przynajmniej dla mnie) odgrywa muzyka. Ale można także przeżyć chwile wzruszenia, współczucia, głębszych refleksji. Nie brak też momentów komicznych. Słowem, każdy znajdzie dla siebie coś, co może uznać za wartość samą w sobie.


Na koniec jeszcze słów kilka o relacji między Freddim a jego ukochaną partnerką i przyjaciółką, Mary Austin. Chociaż z zasady jestem przeciwny tzw. związkom nieformalnym, muszę przyznać, że ten wątek ma w BOHEMIAN RHAPSODY swoje ważne miejsce. Właściwie obserwując ewolucję tego osobliwego związku od momentu ich wzajemnego poznania do niemal ostatnich chwil życia Freddiego, możemy lepiej wniknąć i zrozumieć ból samotności i wewnętrznego rozdarcia. Główny bohater przeżywa najtrudniejsze chwile w momencie uświadomienia sobie dwoistości swojej natury (biseksualizm). Właściwie ten dylemat towarzyszy mu cały czas i jest przyczyną wielu problemów. Wybory, jakich dokonuje prowadzą w konsekwencji do jeszcze większego pogmatwania i tak już złożonej osobowości artysty.


Kulminacją obrazu jest oczywiście transmitowany ze stadionu Wembley dla milionów odbiorców koncert Live Aid for Africa, którego porywająca atmosfera, głównie za sprawą Freddiego Mercury i Queen, wywołuje do dziś ciarki na plecach lub/i chwile wzruszeń. Chory już wówczas Freddie zdołał wykrzesać z siebie tyle energii, że rozpalił niemal do czerwoności obecnych na stadionie fanów i z pomocą Kind of Magic, żeby posłużyć się tytułem jednego z przebojów sławnej czwórki, wręcz oczarował publiczność sztuką, której był bez reszty oddany...


Swoim zwyczajem pozostaliśmy z żoną na miejscach aż do ostatniego dźwięku i ostatniej literki napisów końcowych słuchając nieśmiertelnego SHOW MUST GO ON, po czym - już po północy - opuściliśmy salę projekcyjną oddając ją we władanie ekipy sprzątającej kina... 


środa, 31 stycznia 2018

W KARCMIE "PRZY MŁYNIE"

Karcma "Przy Młynie" nocą...

Podczas mojego pobytu w Tatrach w 2017 roku musiałem zmienić miejsce stołowania się. Wcześniej zawsze czynny był przybytek "U RYŚKA". Jednak w ubiegłym roku na przełomie czerwca i lipca Rysiek postanowił zrobił sobie (słuszną) przerwę przed sezonem. 

Oczywiście do "RYŚKA" wrócę przy kolejnej wizycie w Zakopanem w apartamentach Pod Nosalem.

Karcma "Przy Młynie" mieści się niedaleko mojej stałej kwatery, niespełna 10 minut marszu. Zachodziłem tam wracając prosto ze szlaku jak i po odświeżeniu się i przebraniu na kwaterze. 

Wnętrze - jak na góralską karczmę przystało - odpowiednio wyposażone i urządzone, tworzy swoisty klimat, który dopełnia atmosferę otaczających zewsząd szczytów.

Przy sprzyjającej aurze można i warto usiąść na zewnątrz, żeby spożyć posiłek lub choćby tylko coś wypić, albo zjeść deser.











Menu zaspokaja najbardziej wybredne gusta gości. Porcje są smaczne, konkretne, podane z klasą i nie sposób stąd wyjść głodnym. Warto zamówić deser na miejscu. Można też skorzystać z lodziarni i ciastkarni nieopodal, po drugiej stronie ulicy.

Porcja pstrąga, 
mogłaby być dla dwojga...  i osobno grule.

deser lodowy i gorąca czekolada, mniammm...

lżejsze danie - naleśniki ze szpinakiem...

jeszcze raz gorąca czekolada 
z bitą śmietaną...

W ostatnim dniu mojego pobytu, po oświadczeniu, że nazajutrz wracam nad morze, przy rozliczeniu posiłku spotkał mnie miły epizod. Otóż kelner zaprosił do degustacji miejscowej oryginalnej i odpowiednio "mocnej" nalewki - na "Do widzenia!", po czym wyraził nadzieję, że spotkamy się w kolejnym sezonie. Na pewno przynajmniej jeszcze raz ponownie tam zawitam.